• facebook
  • rss
  • O chlebie, wodzie i czarach

    Marta Deka Krystyna Piotrowska

    |

    Gość Radomski 30/2012

    dodane 26.07.2012 00:00

    Nasz misjonarz. Zbudował już studnię i piec. Teraz przyszła kolej na kościół. Z tym jest trudniej, bo świątynia musi podobać się i jemu, i jego parafianom.

    Ksiądz Mirosław Bujak od dwóch lat jest proboszczem w tworzącej się parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w  Doumaintang w Kamerunie. Rozpoczął tam przygotowania do budowy świątyni. Pierwsze lata istnienia parafii minęły na pozyskaniu odpowiedniego miejsca na kościół. Bo wszyscy chcieli, żeby był, ale pertraktacje, gdzie i na czyim terenie ma stanąć – trwały długo. – Już mamy prawnie określone granice. Cieszę się, że jestem już „właścicielem” około 15 ha lasu, z których jeden jest wyrównany i przeznaczony na budowę kościoła, plebanii, salek parafialnych. Jedną z nich udało się już wybudować – mówi misjonarz.

    „Poważny” kościół

    Gdy w czerwcu ks. Mirosław był w Polsce, dostał telefon od szefa Rady Parafialnej, że już jest gotowe pole kakao. Parafianie chcą nie tylko budować, ale też uprawiać ziemię. Jak dobrze pójdzie, to może już za dwa lata z tej plantacji będą mogli się utrzymać. – Moją troską jest nie tylko postawienie czegoś, ale stworzenie takich warunków, żeby ta parafia mogła w miarę możliwości sama funkcjonować. Zaczynamy tworzyć plantację bananów plantanów (banany skrobiowe) i mamy nadzieję, że to też będzie nas wspierać w czasie budowy, a potem pozwoli utrzymać parafię. Kakao sprzedaje się najlepiej. Tłumaczy się to tym, że Chińczycy jedzą coraz więcej czekolady – opowiada ks. Bujak. Misjonarz ma nadzieję, że wkrótce ruszy budowa. Trzeba jeszcze trochę popracować nad projektem. Ks. Mirosław sam stara się znaleźć najlepsze rozwiązanie architektoniczne. – Budując świątynię, zastanawiam się, komu ma się ona podobać. Ostatnio powstał kościół protestantów, wybudował go człowiek pochodzący z tej wioski, należący do elity. Budynek został wymalowany na intensywny różowy kolor. Jego parafianom bardzo się to podoba – uśmiecha się misjonarz. Kościół katolicki ma być kształtem zbliżony do kwadratu. Murowany z pustaków cementowych. Jest ich 8 tysięcy, a robiono je przez rok. Kościół nie może być drewniany, bo tubylcy nie cenią sobie tego materiału budowlanego. Mają go wokół pod dostatkiem, więc jeśli budowla ma być „poważna”, to nie może być z drewna. Tu ks. Mirosław podaje przykład Francuza, który w swojej parafii postawił kościół. Przepiękny, drewniany. Wszyscy misjonarze nim się zachwycają, ale nikt z Kameruńczyków. Im się nie podoba. Wolą budowle murowane, najlepiej wykładane płytkami i to na zewnątrz, żeby się błyszczało.

    Skarb spod ziemi

    – Udało nam się wybudować studnię. Oprócz niej małą wieżę ciśnień, bo tam tak mniej więcej się robi. W prosty sposób, małym kosztem, ale skutecznie. Mamy wodę w domu – cieszy się misjonarz. Ta radość jest też naszym udziałem. To na łamach naszego „Ave Gość Radomski” niecałe dwa lata temu zapraszaliśmy do akcji „Wrzuć swój grosz do studni”. – Ludzie opowiadali, że krążyły kiedyś takie proroctwa, że przyjdą czasy, kiedy woda będzie płynąć ze ściany. I kiedy przychodzą ci z odległych wiosek i widzą wodę lejącą się ze ściany, mają chyba poczucie, że nadeszły czasy mesjańskie... Co prawda na razie woda płynie tylko ze ścian mojej chatki, a żeby popłynęła w domach na wsiach, trzeba nieco czasu, choć projekty rodzą się już w głowie – dodaje. Z gliny pochodzącej z kopania studni udało się zrobić piec chlebowy – skromny, ale własny. Pierwszym wypiekiem była pizza. Podobno trochę nie wyszła, ale dało się zjeść. Potem przyszedł czas na bułki. – W tych stronach w swoich piecach wypiekają je muzułmanie, ale mają słodkawy smak. Ja chciałem inne. I robię je dla parafii, pielgrzymów. To są nasze bułeczki św. Teresy. Teraz śmiało możemy mówić, że żyjemy tu o chlebie i wodzie. O naszym własnym chlebie z naszego pieca i o naszej własnej wodzie z naszej własnej studni – mówi ks. Mirosław. Wody ze studni nie rozdaje się za darmo, bo ciągle by jej brakowało. Opłaty za nią są bardzo symboliczne, ale uczą odpowiedzialności za to, czego się używa. Zebranych pieniędzy nie wystarcza nawet na pokrycie kosztów, bo wodę trzeba pompować za pomocą agregatu, do którego trzeba kupić paliwo. – Cieszy mnie, że po wodę przychodzą ludzie bez względu na wyznanie – adwentyści, protestanci, muzułmanie – mówi. Ksiądz wymyślił pewną akcję propagandową. Zrobił etykietki z napisem „Woda mineralna św. Teresy”. Nakleił je na butelki po coca-coli. To forma reklamy, która dociera nawet do miasta. – Wokół studni wiele się dzieje. To są proste rzeczy, bo żyjemy prostym życiem. Życie wiejskiego proboszcza w Kamerunie jest naprawdę szczególne – mówi. Wszyscy wstają razem z kurami. O 6.00 misjonarz uderza kawałkiem resora w „dzwon” czyli samochodową felgę. Pół godziny później rozpoczyna się Msza św. w kaplicy. Do parafii należy 20 wiosek. Część z nich jest większa niż ta, w której powstaje kościół. Jak mówi ks. Bujak, każda z nich w sensie duszpasterskim jest dla niego tak samo ważna. Nie ma wiosek gorszych i lepszych. Mieszka w nich od kilkunastu do nawet 80 rodzin. W każdej z nich ks. Mirosław stara się przynajmniej raz w miesiącu odprawić Mszę św.

    Mali czarownicy

    Misjonarz musi sprostać wielu wyzwaniom. A takim jest na przykład problem dzieci-czarowników. Jak można przeczytać w raporcie UNESCO, w niektórych krajach są one zabijane. Poproszono ks. Bujaka, by zajął się tą sprawą. Rozmawiał z każdym z tych dzieci. Pytał, jak to się stało, że mają taką moc. Jeden z małych czarowników – cztero-, a może pięcioletni – opowiedział, że zawołał go jakiś chłopak. Pokazał mu węża i powiedział, że jeśli nie przyjmie od niego magii i zdolności do czarów, to ten wąż go pożre. Ze strachu zgodził się i przyjął jakieś zadanie do spełnienia. Dostał bambusowe patyczki, które ukrywa gdzieś w domu, ich obecność ma powodować działanie złych mocy. – To może wydawać się śmieszne, ale przestaje takie być, kiedy na przykład sześcioletni chłopiec mówi, że za pomocą jednego kawałka bambusa jego ojciec zginie na polowaniu, a drugi sprawi, że jego matka nie urodzi dzieci. Może też sprawić, że brat będzie się źle uczył w szkole. „I co, uczy się źle?” – zapytałem go. Odpowiedział, że tak. „I ty to sprawiłeś?” – też odpowiedział twierdząco. – Jeśli kilkuletnie dziecko mówi, że ono ma moc zabicia swojego ojca, to wtedy przestaje to być dla mnie zabawne. Ono robi to z pełną świadomością, oczywiście na swoim poziomie. Wie też, że dopóki ma te przedmioty u siebie, dopóty się nie uwolni. A boi się uwolnić, bo wtedy coś złego może przydarzyć się właśnie jemu – opowiada ks. Mirosław. Zachowanie dzieci-czarowników bardzo się zmienia. Kryją się, czują się gorsze. A społeczeństwo ma poczucie zagrożenia. Ludzie żyją w ciągłym strachu, że ktoś może im zrobić coś złego. Lęk staje się paraliżujący i sprawia, że trudno normalnie funkcjonować. Czarownicy zawsze istnieli w Afryce. Ale co jest niepokojące, obecnie coraz częściej przypisuje się czary dzieciom. Misjonarzowi udało się namówić kilkoro dzieci, żeby przekazały mu owe patyczki bambusowe. Było to przed Mszą św. w Środę Popielcową. Wyszedł z tymi dziećmi za kościół, tak żeby nie wzbudzać sensacji, i spalili te patyczki. Dzieci powiedziały głośno, że chcą się tego pozbyć. I nic złego im się nie stało. Poczuły się bezpieczne. Ks. Mirosław Bujak zaprasza wszystkich do odwiedzania jego parafialnej strony internetowej: www.misja.doume.info. Można tam znaleźć wszystkie aktualne informacje o tworzącej się parafii i wszystkich przeprowadzanych akcjach. Jest też bogata galeria zdjęć.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół