• facebook
  • rss
  • PIN do wodomatu

    dodane 23.10.2014 00:00

    Tydzień Misyjny. Ksiądz Mirosław Bujak od 11 lat jest misjonarzem w Kamerunie. – Pracuję wśród ubogich, ale czuję się bogaty – mówi.

    Ksiądz Mirosław w tym roku świętował 25-lecie kapłaństwa. Przed wyjazdem na misje przez rok był wikariuszem w Starachowicach, potem studiował pedagogikę na Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie. Po powrocie do kraju został dyrektorem diecezjalnego Radia Ave. Powoli dojrzewała w nim myśl, by wyjechać na misje do Afryki. Czuł, że tam będzie potrzebny. W Kamerunie przez 6 lat był proboszczem parafii katedralnej w Doumé. Z niej powstało 9 nowych parafii. Teraz jest proboszczem jednej z nich w Doumaintang. Patronuje jej św. Teresa od Dzieciątka Jezus.

    Jesteśmy na swoim

    – Byłem w Doumaintang, kiedy zostało ogłoszone powstanie nowej parafii i przedstawiona jej patronka. Przywiozłem duży obraz św. Teresy. Nikt tam wcześniej o niej nie słyszał. Kiedy wierni zobaczyli jej zdjęcie, miałem wrażenie, że przyjęli tę nominację dość nieufnie. Młoda, biała kobieta ma od tej pory im przewodzić? W ich kulturze było to nie do przyjęcia. Kamerun jest krajem o wyraźnie patriarchalnej tradycji. Kobieta nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia. A tym bardziej biała kobieta, na dodatek Francuzka – zbyt przypomina to czasy kolonialne. Ich zdaniem patronem powinien być leciwy mężczyzna i to szef, który rządzi – opowiada o pierwszej wizycie w Doumaintang misjonarz. Kolejni proboszczowie zaczęli przybliżać sylwetkę świętej. Siostry karmelitanki od Dzieciątka Jezus prowadziły rekolekcje. Powoli parafianie zaczęli poznawać swoją patronkę, która obiecała przed śmiercią, że będzie z nieba zsyłać na ziemię deszcz róż. Teraz wszystkie dobra, które dokonują się w ich misji, traktują jako płatki róż, czyli łaski Boże, jakie patronka im zsyła. Misjonarz zamieszkał w małym drewnianym domu w Doumaintang. Osiem lat zajęło mu uporządkowanie administracyjnych spraw związanych z terenem parafii. – Wioska dała nam duży teren, ale ciągle były problemy z tytułem własności. Udało nam się pokonać te przeszkody. Teraz jesteśmy na swoim. Zaczęliśmy budować kościół i solidniejszą plebanię – wyjaśnia.

    Wodomat w buszu

    Misja tętni życiem praktycznie przez całą dobę. Ks. Mirek ma pobudkę już przed 6.00 rano, a to za sprawą udogodnień, które wprowadził. – Można u nas zmielić maniok na mąkę i zaopatrzyć się w wodę, którą nazwaliśmy wodą św. Teresy, można ładować telefony komórkowe. Udało się sprowadzić antenę z Polski, która wzmocniła sygnał, dzięki czemu ludzie nie są już tak odcięci od świata i mogą się kontaktować ze swoimi bliskimi bez konieczności przemieszczania się – mówi. – Inwestuję w ich ego, poczucie własnej wartości, bo taka jest moja rola. Parafia nie ma własnego szpitala, ale gościła u siebie stomatologów, okulistów i kardiologów z Polski. Sprowadza leki, by chorzy nie musieli jechać do oddalonego o wiele kilometrów ośrodka zdrowia po paracetamol czy chininę. Misjonarz najpierw zainwestował w studnię. Po wodę do niej przychodzą okoliczni mieszkańcy. Muszą wykupić abonament, ale to są groszowe kwoty, które nie pokrywają nawet obsługi generatora, który uruchamia pompę. – Wymyśliłem system, który można nazwać wodomatem. Moi parafianie wykupują sobie abonament, mają swój kod PIN i numer użytkownika. Początkowo bali się tego urządzenia, bo za bardzo kojarzyło im się to z rzeczami białych. Dziś mam około 100 użytkowników – mówi. Ale pojawili się hakerzy, którzy podejrzeli u innych kody. – Wprowadziłem blokadę, teraz chcę dodać jeszcze dwa udogodnienia – system chipowy i automat wrzutowy. To są plany biznesowe na najbliższą przyszłość – uśmiecha się ks. Mirosław. Zapewne gdy przed wstąpieniem do seminarium kończył Technikum Elektroniczne w Radomiu, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo to wykształcenie przyda mu się w pracy ewangelizacyjnej. Dziś parafianie są dumni z takiego rozwiązania. Przysłali proboszczowi skan gazety ogólnokameruńskiej, w której wodomat został opisany. Do wioski przybywają wycieczki, by zobaczyć, jak to urządzenie działa. Ksiądz Mirosław mówi, że jest też rolnikiem i farmerem. Misja ma hektar pola kakaowego. Ta uprawa za jakiś czas powinna przynosić wymierne owoce. Po poprzednim urlopie wiele osób, ciesząc się, że do nich wrócił, ofiarowało mu kury i króliki. Założył więc kurnik i królikarnię. Ma też pasiekę.

    Starsza siostra

    – Nie bylibyśmy w stanie tego wszystkiego robić, gdyby nie pomoc z zewnątrz – mówi ks. Mirek. W czasie urlopów, które spędza w Polsce, jeździ po parafiach w diecezji, opowiada o swojej misji. Po Eucharystii spotyka się przed kościołami z wiernymi. Doświadczył od nich wiele serdeczności i wsparcia. Szczególne więzy złączyły jego misję z parafią pw. św. Teresy na radomskich Borkach. – Od 2012 r. stała się niejako starszą siostrą parafii Doumaintang w Kamerunie. Odległość 5 tys. km nie okazała się przeszkodą, by bardzo konkretnie i wymiernie wesprzeć swoją młodszą siostrę w tak ważnym dla niej momencie – podkreśla misjonarz. Współpraca zaczęła się od spotkania z proboszczem radomskiej parafii ks. Zbigniewem Gaczyńskim. Ofiary zebrane podczas Tygodnia Misyjnego, odpustu czy bierzmowania ks. Zbigniew przekazuje na misje w Kamerunie. – Jestem wdzięczny za tę pomoc. Proponując współpracę, myślałem też o tym, by nawiązała się więź duchowa. To dla mnie i moich parafian jest bardzo ważne. Chciałem wzbudzić w nich poczucie wdzięczności, że ktoś się o nich troszczy. By sobie uświadomili, że jak się dokonuje jakieś dobro, to za nim stoi ktoś konkretny – opowiada misjonarz. Gdy wyjeżdżał na urlop, parafianie prosili, by przekazał pozdrowienia i podziękowania tym, którzy się o nich troszczą i ich wspierają. Nagrali też kilkuminutowy filmik, w którym opowiadają o swojej misji i zapewniają, że modlą się za parafian i proboszcza swojej starszej siostry.

    Nie czuję zagrożenia

    – Cieszę się, że moja misja gromadzi ludzi różnych wyznań. Przychodzą do niej też muzułmanie i protestanci. Żyjemy w dobrej komitywie. Ale niespełna 100 km ode mnie, w Republice Środkowej Afryki, obalenie prezydenta obróciło się w anarchię. Jedni walczą przeciw drugim. Gdyby coś takiego wydarzyło się u nas, tak samo by się skończyło – mówi ks. Mirek. Ostatnio w RŚA porwano misjonarza ks. Mateusza Dziedzica. 14 października na stronie internetowej misji (www.misjo.doume.info) ks. Mirosław napisał: „W Republice Środkowoafrykańskiej, 100 km ode mnie, porwano wczoraj polskiego misjonarza, ks. Mateusza. Celem porywaczy jest ponoć odzyskanie przez nich ich aresztowanego i przetrzymywanego w Kamerunie szefa. Według ostatnich informacji ks. Mateuszowi nic nie zagraża i jest przetrzymywany w znośnych warunkach. Co nie zmienia faktu, że potrzebuje naszego wsparcia, przede wszystkim modlitewnego. W RŚA ciągle nie jest spokojnie i potrzeba będzie jeszcze bardzo długiego czasu, by ostudzić nastroje i by powrócił pokój. Niektórzy pytają mnie, czy jestem bezpieczny. Odpowiadam, że na razie nie czuję zagrożenia. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał go doświadczyć... Mam taką nadzieję...”. O wyjeździe na misje ks. Mirosław Bujak zdecydował 11 lat temu. Przyczyniły się do tego różne wydarzenia, osoby i spotkania z nimi. W Kamerunie ma do spełnienia pewną misję – chce czuć się potrzebny. Próbuje wejść w świat tych ludzi, zrozumieć ich życie i pomagać w rozwiązywaniu ich problemów. – Wiele osób mówiło mi po Mszy św.: „Ksiądz tak głosił kazanie, jakby spał za naszymi domami”. Takie porównanie słyszałem kilka razy. Chcieli mi przez to powiedzieć, że partycypuję w ich życiu. Fakt, że jestem z innej kultury, nie znaczy, że ich nie znam. Wręcz przeciwnie, mają poczucie, że uczestniczę w ich życiu, i to im pomaga, a mnie motywuje, by iść w tym kierunku. Misjonarz rozdawał kiedyś dzieciom cukierki. Jedna z dziewczynek powiedziała mu, że chce dostać pięć albo wcale. Okazało się, że ma czworo rodzeństwa. – Takie sytuacje uczą mnie innego spojrzenia na rzeczywistość i troski o najbliższych. To mnie buduje. Pracuję wśród bardzo ubogich, ale czuję się bogaty – przyznaje. Dziś, choć parafia jest jeszcze na etapie tworzenia swoich struktur, stała się niejako centrum życia Doumaintang, które jest tak naprawdę niewielką wioską, ale rozrastającą się i potrzebującą konkretnego wsparcia. Ks. Mirosław robi wiele, by ułatwić jej mieszkańcom – zarówno katolikom, jak i przedstawicielom innych wyznań – życie. I wielu z nich podkreśla, że patronka misji św. Tereska zaczęła już zsyłać na nich płatki róż.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół