• facebook
  • rss
  • Współczesne Weroniki

    dodane 19.03.2015 00:00

    Hospicyjne wolontariuszki. Gdy trzeba, jadą do chorych nawet nocą. – Każda z nas stara się, by byli jak najlepiej przygotowani na przejście do wieczności – mówi s. Bernadetta.

    Zespół Domowej Opieki Hospicyjnej im. św. Józefa działa przy Caritas Diecezji Radomskiej. Wolontariuszki opiekują się terminalnie chorymi w ich domach. Niosą pomoc przy pielęgnacji i wspierają duchowo chorych oraz ich rodziny. W tej posłudze przyświeca im jeden cel: chcą ofiarować bezinteresownie swój czas tym najbiedniejszym, bo uwięzionym w klatce swojej choroby w ostatnim okresie życia. – Siłę czerpiemy z modlitwy i wsparcia grupy. W każdym momencie możemy do siebie zadzwonić, udzielić sobie rad. Żadna z nas nie jest sama z chorym, którym się opiekuje. Jesteśmy jedną rodziną – mówi Anna Rybińska, wolontariuszka.

    Pani Janina pierwsza

    – Zaczęliśmy w 1991 r. z ks. Eugeniuszem Klimińskim SAC w parafii pw. św. Józefa na Młodzianowie. Był naszym opiekunem. Skontaktował nas z ks. Eugeniuszem Dudkiewiczem SAC z Gdańska, który był krajowym duszpasterzem hospicjów, i z prof. Jackiem Łuczakiem z Poznania. Jeździliśmy na spotkania, żeby zobaczyć, jak wygląda taka posługa chorym w domu – wspomina początki działalności Zespołu Domowej Opieki Hospicyjnej Ewa Ways. – Ale gdy dwa lata później ks. Klimiński został przeniesiony z Radomia do Warszawy, zostaliśmy i bezdomni, i bezpańscy. Wtedy ulitował się nad nami ks. Stanisław Makarewicz, który był dyrektorem Caritas Diecezji Radomskiej. Poprosiliśmy go, byśmy mogli działać jako zespół hospicyjny w strukturach Caritas. Pomógł nam. Mało tego, dorobił nam klucze do plebanii na Idalinie, gdzie był proboszczem. Mieliśmy do dyspozycji pół parteru. O każdej porze mogliśmy tam wejść. Pierwszą osobą, którą wolontariuszki otoczyły opieką, była pani Janina. Bardzo wychudzona, jak mówią – „taki szkielecik obciągnięty żółtą skórą”. Lekarz powiedział im, że pozostały jej tylko dwa tygodnie życia. – Ona żyła rok bez dwóch tygodni. Pod naszą opieką wydobrzała. Wspólnie obchodziliśmy jej 80. urodziny – mówi E. Ways. Od 15 lat spotykają się w siedzibie diecezjalnej Caritas przy ul. Kościelnej. Teraz ich opiekunem jest ks. Robert Kowalski, wicedyrektor radomskiej Caritas. – Nie wiem, kto się bardziej kim opiekuje, chyba czasem wolontariuszki bardziej mną niż ja nimi – śmieje się. – To, co one robią, jest jedną z najpiękniejszych ludzkich posług. Na pewno jest to dopełnieniem chrześcijaństwa, pięknem człowieczeństwa i istotą miłości miłosiernej. One dźwigają swój krzyż. Ale potrafią dźwigać go też z tymi, do których idą. Realizują to, czego nas uczył i o co prosił Chrystus. Są ratunkiem dla potrzebujących. Chciałbym, żeby takich wspólnot powstało jak najwięcej – mówi ks. Robert.

    Najtrudniej słuchać

    Teresa Urban jest koordynatorką zespołu. Mówi, że dla niej takim przełomem, kiedy postanowiła wspierać chorych, było spotkanie ze staruszką, panią Janiną. Początkowo chodzącą o kuli kobietę starała się omijać z daleka, bo ją drażniła. – Pewnego dnia zaczepiła mnie na ulicy. Powiedziała: „Słuchaj, musi do mnie przyjść ksiądz. Ale nie za młody i nie za stary, żebym mogła się z nim dogadać. Ja na swoje dzieci nie mogę liczyć. Ty mi musisz go przyprowadzić”. Nie było wyjścia. Przyprowadziłam ks. Jerzego. Właśnie tak zaczęła się nasza wielka przyjaźń. Do końca ją przeprowadziłam przez chorobę – opowiada. Pani Teresa wspomina wielu chorych, którym wolontariuszki towarzyszyły w ostatnim etapie życia tu, na ziemi. Zadzwoniła do niej żona ich podopiecznego. Mówiła, że przebywa on w szpitalu i jego stan jest bardzo ciężki. Pytała, czy mogłaby tam przyjechać i posiedzieć przy nim, bo ona nie jest w stanie i tego nie przeżyje. Pojechała. Stanęła przy chorym. Pomyślała: „Co ja tu robię? Przecież on umiera, a ma rodzinę”. Ale potem się uspokoiła, zaczęła odmawiać koronkę i opowiedziała mu bajkę. – Byliśmy sami. Tę śmierć będę pamiętała do końca życia, bo on tak cichutko, tak spokojnie odszedł – mówi. Nie wszyscy jednak chcą pomocy. Pani Krysia wyrzuciła wolontariuszki z domu. Powiedziała im, żeby tu nie przychodziły. – I tej nocy umarła, sama, biedna – mówią ze smutkiem. Lata posługi w hospicyjnym zespole nauczyły panią Teresę, że przede wszystkim należy słuchać chorych, odczytywać ich słowa i gesty, co wcale nie jest łatwe. Szczególnie dla rodzin. – Zadzwoniła do mnie żona pana Janusza. Poprosiła, żebym przyjechała, bo on ma mi coś ważnego do powiedzenia – mówi. Gdy wszyscy wyszli z pokoju, powiedział jej, że umiera, chce się pożegnać z rodziną, ale oni nie chcą tego przyjąć. – Trudno było wytłumaczyć rodzinie, że on odchodzi. Ale powiedziałam jego żonie, że powinna wysłuchać męża. Zadzwoniła do mnie w nocy, że Janusz umiera, żebym przyjechała. Byłam u nich o 6.00 rano. Przy mnie odszedł – opowiada i dodaje: – Ja sobie za patronkę wzięłam św. Weronikę. Ona, przedzierając się przez kordon żołnierzy, nie zastanawiała się, po co idzie, chciała po prostu nieść pomoc umęczonemu Chrystusowi. Wolontariuszki wspierają też rodziny chorych, często przestraszone, niepewne i zdezorientowane. Anna Łochowska, żona pana Romana, nad którym panie z zespołu hospicyjnego roztoczyły opiekę, czeka na ich wizyty. Może wtedy z nimi porozmawiać, a one dodają jej nadziei i otuchy. – Te kobiety są wspaniałe, emanuje z nich ciepło, które przenosi się na pacjenta i rodzinę. Przychodzą roześmiane. Pewnie mają swoje problemy, ale ich nie pokazują. Zawsze na nie czekam. Mogę też w każdej chwili do nich zadzwonić – mówi.

    To powołanie

    Kiedy pytamy, dlaczego zajmują się terminalnie chorymi, nie potrafią odpowiedzieć. – Bo to jakby zapytać, dlaczego kochasz – mówią. A na pytanie, dlaczego należy być przy człowieku, który odchodzi, i towarzyszyć mu w ostatnich dniach czy nawet godzinach życia, odpowiadają bardzo prosto: – Pan Jezus w ostatnich chwilach przed męką też prosił uczniów o obecność, o czuwanie na modlitwie. Jeśli więc On, Bóg-człowiek, odczuwał potrzebę obecności braci, prosił o czuwanie, o modlitwę, lękał się osamotnienia, to o ileż bardziej potrzebna jest obecność nam, słabym i grzesznym? – To jest powołanie. Bez woli Bożej nic nie można zrobić, na siłę nic się nie da – wyjaśnia Joanna Aksamit. Daniela Buczyńska mówi, że ta posługa daje dużo satysfakcji. Rodziny chorych są bardzo wdzięczne. Często zapraszają ich do domu po śmierci bliskich. Hanna Holewińska nauczyła się słuchać ludzi. – To jest najważniejsze przy chorych. Rodziny często nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich bliscy odchodzą, a nam oni o tym szczerze mówią – wyjaśnia. Zofia Tyburska 3 lata temu dołączyła do zespołu. – Po śmierci rodziców poczułam taką potrzebę. W chorych widzę Pana Jezusa. Gdy im służę, to tak jakbym samemu Chrystusowi posługiwała. To daje mi radość – mówi. – Mam ogromną satysfakcję, że znalazłam się w tym zespole. Przede wszystkim cieszy mnie zaufanie, jakim darzą nas praktycznie obcy ludzie. Wchodzimy do rodziny w najtrudniejszym dla niej momencie. To niesamowite, że można takim niewielkim wkładem, ofiarowując swój czas wolny, komuś przynieść tyle radości. Ci ludzie cieszą się z tych spotkań, czekają na nas i naszą pomoc – mówi Anna Rybińska. Wolontariusze, by podnieść swoje kwalifikacje, uczestniczą w szkoleniach medyczno-pielęgnacyjnych. Caritas organizuje im też dni skupienia i rekolekcje. – Taka formacja dużo nam daje, jeśli chodzi o wiedzę z zakresu posługi od strony ciała i ducha. Na takie spotkania chętnie jeździmy. Tam ludzie z innych hospicjów dzielą się swoimi doświadczeniami. Każda z nas zwraca uwagę na to, by chorzy byli jak najlepiej przygotowani na przejście do wieczności. Pomagamy im przejść w pojednaniu z Bogiem. To jest ogromna radość, której nam nikt nie odbierze. Każda z nas modli się za naszych chorych – mówi zmartwychwstanka s. Bernadetta. Wolontariuszem może zostać w zasadzie każdy, ale musi mieć pewne predyspozycje. – Aby pracować w hospicjum, trzeba najpierw uporządkować swój stosunek do śmierci, nie bać się jej. Jak ktoś się boi, ma jakieś problemy czy stresuje się, to nie ma co robić u chorych terminalnie – wyjaśnia Ewa Ways.

    Nie znamy dnia

    Ksiądz Mirosław Bandos, kapelan szpitala, wspiera wolontariuszki. Na miarę swoich możliwości stara się służyć chorym. Często odprawia w domach Msze św. i udziela sakramentów. – Wolontariusze najpierw przygotowują grunt, żeby trafić do chorego. To bardzo ważne, bo często dla niego i jego rodziny sprawy duchowe nie są najważniejsze. Mówią, że przecież ich bliski jeszcze nie umiera, więc ksiądz nie jest potrzebny. Natomiast Ewangelia mówi zupełnie coś innego – że nie znamy dnia ani godziny, kiedy ta chwila może przyjść. Ale taką postawę staram się zrozumieć. Nie od razu jesteśmy do wszystkiego przygotowani. Pewne rzeczy trzeba przemyśleć i przemodlić – wyjaśnia. Ksiądz Mirosław przypomina też słowa Chrystusa, które skierował do apostołów w Ogrodzie Oliwnym: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”. Wolontariuszki wyjaśniają, że czytając je, zwykle myślimy o pokusach materialnych, zmysłowych, ale są o wiele groźniejsze – pokusy tej „ostatniej godziny”. Może to być pokusa beznadziei, zwątpienia, rozpaczy, wyparcia się... Dlatego właśnie starają się pomagać chorym. Nie zapominają też o rodzinach osieroconych. Co kwartał spotykają się z nimi i ich przyjaciółmi na Mszy św. w kościele pw. Chrystusa Króla na Gołębiowie. Każdy uczestnik ma świeczkę. W momencie gdy jest wyczytywane imię zmarłego, rodzina ją zapala. – Od wielu osób słyszałam, że to jest taki moment, kiedy oni czują świętych obcowanie – mówi Teresa Urban.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół