• facebook
  • rss
  • Pierwsza miłość ks. Wojciecha

    Marta Deka, Krystyna Piotrowska

    |

    Gość Radomski 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Jubileusz chóru. Po raz pierwszy koncertowali w 1985 r. Ks. prał. Wojciech Szary, dyrygent i kierownik muzyczny chóru, powtarza, że śpiewać każdy może. Wystarczy tylko chcieć.

    Chór Sancti Casimiri Cantores Radomienses powstał w 1985 roku. To czterogłosowy zespół mieszany. W swoim repertuarze ma kilkadziesiąt utworów polskich i zagranicznych wykonawców. Większość z tych dzieł to utwory religijne. – Tym, co nas łączy, jest szukanie w muzyce wytchnienia i relaksu. Wspólne śpiewanie uczy dyscypliny, unikania konfliktów, bycia we wspólnocie – mówi ks. Szary.

    Wszystko było nowe

    Zaczęło się od tego, że ówczesny ordynariusz, bp Edward Materski, chciał, żeby w Radomiu był chór. Jego zalążki zaczął tworzyć ks. prał. Henryk Ćwiek, wykładowca śpiewu i muzyki kościelnej w seminarium, który do Radomia dojeżdżał aż z Sandomierza. Było to na przełomie marca i kwietnia 1985 r. Jesienią przyszedł do Radomia ks. Wojciech Szary, świeżo upieczony absolwent muzykologii. Przejął pałeczkę od ks. Ćwieka i zaczęły się regularne próby. Dziś, 30 lat później, w chórze nie śpiewa już nikt z jego pierwszego składu. – Zacząłem organizować zespół. Przyszło kilkanaście osób. Błyskawicznie zrobiło się prawie 60. Potężny chór. No i tak się zaczęło. To był mój pierwszy i jedyny chór. To jest pierwsza miłość – wspomina ks. Szary. Wszystko było nowe. Nowy dyrygent wprowadził nowe zasady i nowe wymagania względem chórzystów. „Nowe były prośby: podeprzyj głos, nakryj głos, śpiewaj jaśniej... Ponadto nowością było też wymaganie, aby w czasie śpiewania artyści amatorzy patrzyli na niego. Okazało się, iż dyrygent dobrze wiedział, czego wymaga, gdyż kolejne koncerty wypadały coraz lepiej” – napisała w historii chóru Joanna Szymańska. Marzeniem bp. Materskiego było również, by jako drugi powstał chór chłopięcy. Ordynariusz urodził się w Wilnie, dlatego chciał, żeby nazywał się Kaziuki. Niestety, to marzenie nie spełniło się. Za to chór, ten złożony z osób dorosłych, ostatecznie przyjął nazwę Sancti Casimiri Cantores Radomienses – Świętego Kazimierza Śpiewacy Radomscy. Na pierwszy obóz szkoleniowy chórzyści wyjechali po dwóch latach działalności. Takie wyjazdy stały się tradycją. Były nie tylko wypoczynkiem, ale przede wszystkim okazją, by się doszkalać i integrować. – Wyjeżdżamy z rodzinami, z dziećmi, i to nas jeszcze bardziej zbliża. Miłość do muzyki zaszczepiliśmy też swoim dzieciom. Dlatego większość z nich albo chodzi do szkoły muzycznej, albo śpiewa czy gra na różnych instrumentach. Czasami wspominamy, jak na obozach nasze pociechy po swojemu dawały nam swoje koncerty – mówi Maria Banach. Pani Maria przyszła do chóru tuż przed maturą. Od tego czasu minęło 25 lat. – Chętnie spotykamy się poza próbami, np. przy ognisku. Wtedy też śpiewamy. Bywa, że odświeżamy jakiś utwór, który wykonywaliśmy nawet kilkanaście lat wcześniej. Śpiewamy na cztery głosy i sami się dziwimy, że wciąż mamy go w pamięci. Ale to dlatego, że żyjemy tym, co robimy – dodaje.

    Dobra prasa

    Chór zaczął odnosić sukcesy nie tylko w kraju, ale i za granicą. Pierwszy wyjazd, 26 grudnia 1988 r., był na zaproszenie Chóru Austrums do Rygi. – Do dziś nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że ja, ksiądz, mogłem w tamtych czasach wyjechać z grupą chórzystów za wschodnią granicę. Nawet proboszcz parafii, która nas przyjęła, rodowity Łotysz, omijał nas z daleka. Chyba do końca nie wierzył, że jestem księdzem. Pilotował nas organista z tej parafii, Polak z pochodzenia, który był też kompozytorem. Miał zajęcia na ryskiej akademii muzycznej – wspomina ks. Szary. Przed wyjazdem dowiedzieli się, że byłoby dobrze, gdyby do tamtejszej biblioteki prowadzonej przez Towarzystwo Polskie przywieźli książki. Ich zbiórka w radomskich parafiach przerosła najśmielsze oczekiwania. Udało się zebrać około 500 tomów polskiej literatury klasycznej. – Poupychaliśmy te książki, gdzie się tylko dało i z duszą na ramieniu przekraczaliśmy granicę. Polacy przyjmowali nas bardzo otwarcie. Urządzili dla nas wigilię. Mieliśmy ze sobą opłatki. Jak oni je zobaczyli, myślałem, że poszaleją z radości. Potem był fajny sylwester. Pierwsze dwie noce spaliśmy w internacie szkoły wojskowej w nieogrzewanych pomieszczeniach. Prosili, żebyśmy sami stamtąd nie wychodzili, a gdyby nas ktoś pytał, to nie przyznawali się, że mówimy po polsku – opowiada dyrygent. Później były kolejne zagraniczne tournée. Wyjeżdżali do Niemiec i Francji. Pisały o nich miejscowe gazety i zawsze przywozili dobrą prasę. – Po raz pierwszy wyjechałam z chórem do Niemiec w 1991 r. Nasze wspólne wyjazdy motywują do działania. Przed każdym z nich musieliśmy się bardzo dobrze przygotować, a to wymagało wzmożonej pracy. Mój mąż do tej pory pyta, gdy wychodzę w środę wieczorem: „Gdzie idziesz?”. Niezmiennie od 26 lat odpowiadam: „Idę na chór” – śmieje się Beata Kober. – Śpiewam, bo kocham to robić. To odskocznia od codziennych obowiązków. Bywa, że nie jest łatwo, bo potrzebna jest systematyczność. Zaczynałam jako maturzystka, urodziłam dwoje dzieci, ukończyłam studia, pracuję. Żeby wszystkiemu podołać, babcia okazywała się niezastąpiona.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół