• facebook
  • rss
  • Historia mosiężnej kuli

    Marta Deka, Krystyna Piotrowska

    |

    Gość Radomski 13/2016

    dodane 24.03.2016 00:00

    Bębnienie w Czermnie. To ono przypomina mieszkańcom, że tej nocy wydarzyło się coś nadzwyczajnego – Chrystus zmartwychwstał! I tak jest od ponad 100 lat.

    Są miejscowości i parafie, które mają takie swoje „coś”, co pieczołowicie przekazywane jest z pokolenia na pokolenia. Własną, niepowtarzalną miejscową tradycję, uświęconą przez lata. Tak jest w Czermnie, wsi położonej na skraju diecezji w województwie świętokrzyskim przy drodze krajowej nr 42 między Końskimi a Przedborzem. W malowniczy pagórkowaty krajobraz idealnie wpisuje się ze swoją wielowiekową historią kościół parafialny pw. Nawiedzenia NPM i św. Mikołaja, bo Czermno, kiedyś Czyrmno, swoimi początkami sięga XVI wieku.

    Parafia powstała przed 1521 r. Pierwszy kościół był modrzewiowy. Gdy uległ zniszczeniu, na jego miejscu powstał nowy, a potem kolejny. Drewniany kościół poświęcony w 1758 roku stał tu jeszcze w XIX wieku. W 1881 roku zastąpił go nowy, murowany, z kamienia. W 1903 r. na kościele kładziono blachę. Wtedy znaleziono mosiężną kulę. Przypuszcza się, że wcześniej mogła znajdować się gdzieś na wieży. Jedna jej część była uszkodzona. Tę dobrą postanowiono jakoś wykorzystać. Naciągnięto na nią cielęcą skórę. Tak powstał bęben, który jest we wsi do dziś. Jego odgłos rozlega się po okolicy tylko raz w roku – w Wielką Niedzielę od 2.00 do Rezurekcji.

    Pierwszy był Szymek

    Nazwisko pierwszego bębniarza nie zachowało się w pamięci mieszkańców. Zapewne był to właśnie twórca owego bębna. Wiadomo, że miał na imię Szymek. Mieszkał na ul. Osnowa i bębnił niemal do 1913 roku. – Kiedy zaniemógł, pieczę nad bębnem przejął po nim urodzony w 1893 roku Jan Konieczny, który sprawował tę funkcję przez blisko 40 lat. Córka pana Jana opowiada, że ojciec, gdy zbliżała się Wielkanoc, zaczynał zajmować się bębnem, by ten był sprawny i nie zwiódł podczas bębnienia. Trzeba było skórę na nim odpowiednio przygotować, ponaciągać. Podczas bębnienia towarzyszyła mu liczna miejscowa młodzież, dla której udział w tym wydarzeniu był czymś wyjątkowym – opowiada Katarzyna Kołodyńska, która na prośbę ks. Jerzego Rozmysłowskiego, obecnego proboszcza, spisuje dzieje czermneńskiego bębna.

    Kolejnym bębniarzem został Tadeusz Mirosław Majewski. Bębnił przez 30 lat. Nie przeszkodziła mu w tym nawet zmiana miejsca zamieszkania. Wyprowadził się na Śląsk, ale w święta Wielkanocne zawsze był w Czermnie i tu czynił swoją powinność. Gdy opadł z sił, zastępowali go strażacy z miejscowej OSP, dbając, by ta piękna tradycja przetrwała. T. Majewski został pochowany na cmentarzu w Czermnie. Teraz z bębnem chodzi jego syn Robert, starszy strażak. – Gdy zostałem proboszczem tej parafii, coś tam słyszałem o bębnie, ale nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Pierwszy raz jego odgłos obudził mnie o 4.00. Zerwałem się z łóżka. Teraz już się przyzwyczaiłem, a bębniarze są tak mili, że przychodzą wtedy, gdy akurat powinienem wstawać, żeby zdążyć na Rezurekcję. Bębnią, dopóki im nie podziękuję. Potem idą pod kościół – mówi ks. Rozmysłowski.

    Proboszcz przyznaje, że to nocne bębnienie jest nie tylko tradycją, ale też publicznym wyznaniem wiary jego parafian. Zarówno tych, którzy bębniąc, oznajmiają zmartwychwstanie Chrystusa, jak i tych, którzy czekają, aż pod ich domem zabrzmi ten znajomy dźwięk, bardzo donośny, jakby się kruszyły mury. – On przypomina, że tej nocy dzieje się coś nadzwyczajnego. Chrystus zmartwychwstał. Każda wyjątkowość w dobrym cieszy. I dodatkowo to, że młodzi się do tego garną, nikt ich nie zmusza. To znak, że tradycja nie zaginie – mówi ks. Jerzy.

    Nocna wędrówka

    Tradycyjny obchód miejscowości z bębnem rozpoczyna się o 2.00. – Wychodzimy ode mnie z domu i dochodzimy do krzyża koło sklepu GS. Tam zaczynamy. Idziemy koło remizy, wracamy ulicą Osnowa na cmentarz do grobu mojego taty. Tam obębniamy każdego i idziemy pod krzyż, później w stronę Smykowa. Zatrzymujemy się pod moim domem, bo stary bębnista musi być obębniony – opowiada Robert Majewski. Gdy jego żona podejdzie do okna i pomacha mu ręką, idą dalej. Niektórzy mieszkańcy wychodzą przed dom, trochę pogadają. Ktoś zaprosi do środka. Ta nocna wędrówka po ulicach wsi zarezerwowana jest tylko dla mężczyzn. A chętnych do noszenia bębna, przyuczania się do bębnienia i towarzyszenia w tym wydarzeniu nie brakuje. Najwięcej jest młodych ludzi. Adam Konieczny, żeby zdążyć na nocną zbiórkę, wcale nie idzie spać albo nastawia budzik. Skończył technikum. Jest strażakiem i przechodzi właśnie z drużyny młodzieżowej do czynnej służby. Przechodzi do niej również jego kolega z liceum Marcin Dziuba. Odbywają teraz stosowne szkolenie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół