• facebook
  • rss
  • Bili bez litości

    ks. Zbigniew Niemirski


    |

    Gość Radomski 25/2016

    dodane 16.06.2016 00:00

    Najpierw był Radom, potem „Solidarność”, mur berliński 
i koniec żelaznej kurtyny. 40 lat temu miał miejsce 
brutalnie stłumiony robotniczy protest z Czerwca 1976 r.

    Obaj byli tak pobici, że dopiero po dobrym kwadransie jeden z nich rozpoznał w towarzyszu z celi stryjecznego brata. W ten sposób dla 634 aresztowanych zakończył się dzień 25 czerwca 1976 roku. Wyszli na ulice 20-tysięcznym tłumem, by zaprotestować przeciwko drastycznym podwyżkom cen zapowiedzianym przez władze komunistyczne. Mieli dość pogarszającego się poziomu życia.


    Towarzysze, 
pomożecie?


    Edward Gierek, I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, obejmując to stanowisko, które de facto czyniło z niego najważniejszą osobę w PRL, miał zawsze pewien kompleks wydarzeń z Grudnia 1970 r. w Gdańsku. Zginęło wtedy 40 osób. Do klasyki przeszło jego pytanie skierowane do ludzi Wybrzeża: „Towarzysze, pomożecie?!”. Robił wszystko, by okres jego rządów przyniósł odczuwalną poprawę życia Polaków. W jakiejś mierze udawało się to, oczywiście na socjalistyczną skalę, przez lata 1970–1975. W Polsce pojawiła się coca-cola, zaczęto produkować malucha, zbudowano tzw. gierkówkę, otwarto szereg dużych zakładów przemysłowych.

    
– Ale to wszystko działo się na kredyt, który trzeba było zacząć spłacać. Fabryki okazały się nierentowne, produkcja nie znajdowała odbiorców na Zachodzie. By temu zaradzić, znacznie podwyższono eksport żywności. W efekcie zaczęło jej brakować na rynku polskim. Półki sklepowe pustoszały dramatycznie. „Normalnością” stały się kolejki praktycznie po wszystko – mówi prof. Marek Wierzbicki z radomskiej delegatury IPN, przybliżając tło wydarzeń.

    
I właśnie wtedy, próbując łatać budżetową dziurę, premier Piotr Jaroszewicz 24 czerwca wieczorem ogłosił drastyczne podwyżki cen żywności. – Wiemy, że taki krok odradzał polskim władzom Aleksiej Kosygin, premier Związku Sowieckiego – mówi prof. Wierzbicki. Ale i same władze w Polsce liczyły się z protestami. Od wiosny trwała mobilizacja sił specjalnych. Opracowano nawet akcję Lato ’76, która miała zapewnić sprawne stłumienie ewentualnych buntów. Błędnie jednak typowano ewentualne miejsca protestów, spodziewając się wystąpień w Gdańsku, Warszawie, Szczecinie, Krakowie i na Śląsku.


    Rozpoczęły kobiety


    Wczesnym rankiem 25 czerwca w radomskich zakładach zbrojeniowych rozpoczęły się pełne wzburzenia rozmowy. – Czujni szpiedzy natychmiast rozpoczęli robienie zdjęć z ukrycia. Widać na nich kobiety, które żywo debatują. To przecież one ponosiły trud nie tylko pracy, ale też zakupów i prowadzenia domowych gospodarstw. A potem wszystko poszło lawinowo – opowiada M. Wierzbicki.


    O 6.30 pracy nie podjął Wydział P-6. Niespełna dwie godziny później około 100 osób wyszło z fabryki, zabierając wózki akumulatorowe. Udali się do sąsiednich zakładów.


    – Gdzieś w godzinach południowych w Zakładach Tytoniowych, gdzie pracowałem, dostaliśmy informację, że jest protest na mieście. Znalazłem się na placu koło kościoła jezuitów. Był tam już ogromny tłum. Z tą rzeszą przeszliśmy w górę ul. Żeromskiego, w stronę komitetu partii – wspomina Kazimierz Staszewski.


    Przed budynkiem znienawidzonego PZPR kilkutysięczny tłum domagał się rozmów z władzami. – Te, pozorując rozmowy i przeciągając je, usilnie domagały się pomocy z centrali. Rozpoczęła się akcja szybkiego wysyłania do Radomia sił specjalnych ZOMO, które ruszyły z Łodzi, Warszawy, Lublina i Kielc. Drogą powietrzną wysłano też jednostki specjalne ze szkoły milicyjnej w Szczytnie – mówi historyk z IPN.

    
– Czekaliśmy pod komitetem partii na wynik rozmów. Ale gdy okazało się, że I sekretarz zwodził ludzi i ostatecznie uciekł, w ludziach wezbrała złość. W efekcie tłum wtargnął do budynku i zobaczył, jak żyją towarzysze, gdy zwykli ludzie niemal walczą o codzienny chleb. W stołówce odkryto szynki i inne niedostępne normalnie produkty. Zaczęto je wyrzucać przez okna, by zobaczyli je ludzie na zewnątrz. Potem komitet został podpalony – wspomina K. Staszewski.


    Komitet partii zaczął płonąć wczesnym popołudniem. Wtedy też rozpoczął się szturm sił specjalnych. Walki trwały kilka godzin. Powoli siły pacyfikujące zyskiwały przewagę. Rozpoczęły się także aresztowania. – Około 18.00 znalazłem się przed Urzędem Wojewódzkim. Tam, w tłumie, okazało się, że wśród nas są tajniacy. Ci złapali mnie, wykrzywili ręce, głowa w dół i zostałem zabrany na dołek do Komendy Wojewódzkiej Milicji. Chyba byłem jednym z pierwszych aresztowanych, bo cele dopiero się zapełniały. Około godz. 22 były pełne. Tam odbyło się pierwsze przesłuchanie i pierwsze bicie – opowiada K. Staszewski.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół