• facebook
  • rss
  • Wciąż żywe trzy wymiary

    ks. Albert Warso, xzn

    dodane 15.07.2016 11:15

    Ks. prał. Albert Warso, kapłan diecezji radomskiej, pracuje w Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie, tej samej, gdzie zmarły abp Zygmunt Zimowski pracował od 1983 do 2002 r.

    Spośród wielu wspomnień, które po śmierci śp. Księdza Arcybiskupa Zygmunta Zimowskiego przychodzą mi na myśl w tych dniach, chciałbym wydobyć trzy wymiary Jego szczególnego zaangażowania.

    Pierwszym z nich jest Jego serdeczne otwarcie na innych ludzi. Kiedy rozpoczynałem pracę w Kongregacji Nauki Wiary, doświadczyłem, jak wielką życzliwością i przyjaźnią cieszył się wśród dawnych swoich współpracowników. Z wdzięcznością myślę, że było mi o wiele łatwiej rozpoczynać pracę w Watykanie w takiej właśnie „aurze” mojego Biskupa. Gdy wrócił do Rzymu po 7 latach posługi w Radomiu, wciąż żywe pozostały Jego przyjaźnie, a ja sam wielokrotnie miałem możliwość rozmawiać z ludźmi, którzy podkreślali Jego piękne człowieczeństwo - otwarte na innych, serdeczne i gotowe, by pomagać.

      Ks. prał. Albert Warso, pracownik watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary
    ks. Zbigniew Niemirski /Foto Gość
    Posługa chorym i cierpiącym jest kolejnym wymiarem, który chciałbym podkreślić. W ostatnich 7 latach swojego ziemskiego życia Ksiądz Arcybiskup niejako „zawodowo” zajmował się osobami chorymi, cierpiącymi i tymi, którzy im niosą pomoc. Ten uprzywilejowany temat Jego serdecznego zainteresowania był jednak widoczny w całym Jego życiu. Już przecież na obrazku prymicyjnym wypisał słowa, które wyznaczały kierunek drogi: „Idę, Panie, aby Ci służyć w ubogich i cierpiących”. W 2009 r. miałem okazję widzieć Jego powrót do Wiecznego Miasta po latach posługi biskupiej w Radomiu. Wszedł w nowe obowiązki niejako „z marszu”, całkiem naturalnie, jakby te sprawy były Mu doskonale znane od lat! Rozmawialiśmy wówczas wiele razy. Niekiedy, jeszcze przed przyjazdem do Rzymu ks. Piotra Supierza, prosił o jakąś pomoc. Miał wiele pomysłów, z zapałem opowiadał o nich. Po latach sam doświadczył ciężkiej choroby. Znosił ją z cierpliwością i godnością. Odczuciem, które towarzyszyło mi podczas spotkań z Księdzem Arcybiskupem w tych ostatnich miesiącach, było jakieś głębokie przekonanie o jeszcze mocniejszym Jego przylgnięciu do krzyża Chrystusa. Patrzył na wiele spraw z pewnym już dystansem, jakby wskazując, że jest inna perspektywa...

    Ostatni wymiar to maryjność śp. Księdza Arcybiskupa. Wiele razy mogłem obserwować Jego pobożność maryjną. W Jego domu, w prywatnej kaplicy, wisiał obraz Matki Bożej z Mędrzechowa. Lubił o nim opowiadać, a nade wszystko można było odczuć Jego szczerą, wprost dziecięcą miłość do Matki Bożej. To tłumaczyło Jego zatroskanie o rozwój kultu maryjnego w diecezji radomskiej - koronacje w Skarżysku-Kamiennej i w Kałkowie, rekoronacje w Skrzyńsku i w Wysokim Kole czy peregrynacja kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wiele razy mogłem obserwować Jego modlitwę i przewodniczenie celebracjom w sanktuarium w Skarżysku-Kamiennej. Ksiądz Arcybiskup bardzo mocno dostrzegał obecność Matki Bożej w swoim życiu. Już w dniu ingresu do radomskiej katedry mówił przecież, że wiele ważnych chwil w Jego życiu dokonało się w maju - miesiącu Matki Bożej. Tak sobie myślę, że On musiał ufać Jej jak dziecko...

    Te trzy wymiary odczytuję dzisiaj jako swoiste wskazania Księdza Arcybiskupa. Gdy w ostatni piątek przed Jego śmiercią wracałem ze spotkania Nim w szpitalu, one właśnie mi towarzyszyły. Klamrą spinającą je pozostanie wdzięczność.

    Niech za Jego życie - pełne ukochania człowieka i związane z dźwiganiem krzyża za Chrystusem - Maryja, Matka Miłosierdzia, ukaże Mu Zbawiciela - błogosławiony Owoc swojego życia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół