• facebook
  • rss
  • Radomski Popiełuszko

    ks. Zbigniew Niemirski

    |

    Gość Radomski 34/2016

    dodane 18.08.2016 00:00

    Obaj byli chłopskimi dziećmi wychowanymi w żywej religijnej tradycji, która nie pozwalała być obojętnym na ludzką krzywdę. Zapłacili za to życiem. 40 lat temu zmarł ks. Roman Kotlarz.

    To było trzecie wieczorne najście. Trzej esbecy opuścili plebanię, czwarty odpalił silnik czarnej wołgi. Po chwili auto ugrzęzło w błocie. Wtedy z budynku z trudem wyszedł ksiądz i zaczął wołać o pomoc. Wściekły kierowca podbiegł do duchownego, wepchnął go do środka i uderzył tak mocno, że ten przeleciał nad wersalką. Ks. Kotlarz zmarł kilka dni później w szpitalu. „To był chłopak z desantu, wysoki. Jakby cię wziął za bety, toby cię podniósł do góry, głowę by ci urwało” – mówił radomskim licealistom Jacek Nowakowski, były milicjant. Ów „chłopak z desantu” nie żyje od około 20 lat. Mimo że przy wódce chwalił się kolegom: „Otłukłem mordę pewnemu klesze. Tamten się wykończył”, prokuratura umorzyła kolejne postępowanie w sprawie śmierci księdza. „Poczynione w sprawie ustalenia nie doprowadziły do ustalenia okoliczności śmierci ks. Kotlarza. Wersja esbecka jest bardzo prawdopodobna, ale brak jest możliwości ostatecznej weryfikacji” – brzmi orzeczenie prokuratury IPN.

    Nasz ksiądz Romek

    – Kochany był. Starszych ludzi bardzo szanował. Ludzki był. Jak przyjechał do domu, to poodwiedzał wszystkich chorych. Był z nas sześciorga najmłodszy. Ja jestem czwarta. Była z niego wielka radość. Dziś już jej nie ma. Może tylko to, że tak bardzo o nim pamiętacie – wspomina Michalina Kawalec, siostra ks. Kotlarza. Roman Kotlarz urodził się 17 października 1928 r. w Koniemłotach niedaleko Staszowa. W czasie okupacji uczęszczał na tajne komplety do Staszowa. Po wojnie, uzyskawszy maturę, podjął decyzję o zostaniu księdzem. Studiował w 3 seminariach – krakowskim, częstochowskim i sandomierskim. 30 maja 1954 r. przyjął święcenia kapłańskie i został skierowany na wikariat do Szydłowca. Pracował potem w Żarnowie, Koprzywnicy i Mircu, zanim został administratorem, a potem proboszczem w Pelagowie pod Radomiem. Był niezwykle gorliwym duszpasterzem, co szybko zyskiwało sympatię parafian. „Nasz ksiądz Romek” – mówili o nim. Żył po spartańsku, mimo że był słabego zdrowia. Organizował procesje, jasełka, bardzo uroczyste odpusty. I słynął jako żarliwy kaznodzieja. To właśnie ambona stała się źródłem zatargów z władzami komunistycznymi.

    Ksiądz musi zaprzestać

    Pierwszy konflikt przyszedł już 2 lata po święceniach. 17 stycznia 1956 r. do kurii biskupiej w Sandomierzu wpłynęło pismo z Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Kielcach, domagające się upomnienia dla ks. Kotlarza, który „krytykował nauczycielstwo za ich przekonania światopoglądowe”, i straszące wejściem na drogę sądową. Ks. Kotlarz, dla załagodzenia konfliktu, został przeniesiony do Żarnowa. W Koprzywnicy w czasie kazania powiedział: „Zginął Herod strawiony za życia przez robactwo, zginął Hitler. Biada każdemu, kto z Bogiem wojuje”. Władze uznały te słowa za „złośliwą dygresję pod adresem ustroju” i pozbawiły księdza prawa nauczania religii w szkole. I mimo że zawiązał się Komitet Społeczny Obrony Księdza Kotlarza, co było w tamtym czasie znakiem dużej odwagi ze strony parafian, władze nie ustąpiły. „Pierwsza delegacja pojechała do Kielc. Tam nas przyjęto wyjątkowo niegrzecznie, a wyjątkowo brutalny był kierownik Wydziału Wyznań, o ile pamiętam – Jarosz. Nazwał nas pijakami i chuliganami” – wspominał Stanisław Pietrzyk, członek komitetu. Dwa lata później, w 1961 r., katecheza została usunięta ze szkół, a ks. Kotlarz znów mógł uczyć religii. Z braku miejsca robił to, siadając z dziećmi w przydrożnym rowie. Był wtedy świeżo mianowanym administratorem w Pelagowie, pomagającym choremu proboszczowi ks. Michałowi Skowronowi, który krótko potem zmarł. Nowy proboszcz nie tylko pracował w parafii, ale także objął opieką pacjentów w pobliskim szpitalu dla psychicznie chorych w Krychnowicach. Gdy w parafii Wierzbica wybuchł konflikt, w wyniku którego zbuntowany wikariusz ze zwolennikami zajął kościół i plebanię, ogłaszając powstanie Niezależnej Samodzielnej Parafii Rzymskokatolickiej, Msze św. sprawowano w prywatnym domu Władysława Błaszczyka. Wśród księży, którzy przyjeżdżali je sprawować, był ks. Kotlarz. I tutaj znów władze były czujne. Kuria została poinformowana o wszczęciu postępowania w sprawie „szkodliwej dla państwa działalności ks. Romana Kotlarza z Pelagowa”. Ostatnie z upomnień zostało wydane już po robotniczym proteście Czerwca ’76 r. „Ksiądz musi zaprzestać” – domagali się komunistyczni dygnitarze.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół