• facebook
  • rss
  • Najdłuższy strajk w PRL

    ks. Zbigniew Niemirski ks. Zbigniew Niemirski

    dodane 13.12.2016 19:30

    Odbył się na Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Trwał niemal 50 dni, a zakończyło go wprowadzenie stanu wojennego.

    Był wyjątkowy nie tylko z powodu swej długości, ale także dlatego, że nie było w nim postulatów ekonomicznych. Był sporem o zasady.

    Warto przypomnieć tamten strajk. Rozpoczął się 26 października 1981 r. O jego rozpoczęciu zadecydowała ordynacja wyborcza na stanowisko rektora, na którą nie zgodzili się ani członkowie „Solidarności”, ani Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

    Poszło o osobę rektora prof. Michała Hebdy. Rektorem WSI został w 1978 r. Był sprawnym gospodarzem, który zainicjował wiele inwestycji w uczelni.

    Ale jednoznacznie kojarzony był z obozem władzy. Wiedziano, że jako ławnik brał udział w procesach robotników po protestach z czerwca 1976 r. Co więcej, sympatii nie budził sposób kierowania uczelnią.

    - Bywało, że pracownicy tracili pracę z błahych powodów. Rektor Hebda sam mawiał, że do zwolnienia z pracy wystarczą dwie, trzy minuty spóźnienia na zajęcia - mówią ówcześni pracownicy WSI.

    Brak odniesień do propozycji reform środowiska akademickiego, zgłoszonych jeszcze jesienią 1980 r., które zaowocowały „co najmniej dziwną ordynacją wyborczą” rektora, jak nazwał ją potem prof. Andrzej Stelmachowski, zaowocowały strajkiem i bojkotem wyborów, które odbyły się dzień po rozpoczęciu strajku. Wybory, przy frekwencji nieco ponad 40 proc. wygrał prof. Hebda.

    30 października w Radomiu zjawiła się komisja mediacyjna złożona z przedstawicieli oddelegowanych przez rektorów kilku dużych uczelni kraju. Jej członkowie skrytykowali ordynację wyborczą, a Jerzemu Nawrockiemu, ministrowi Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki zalecono, by nie zatwierdzał wybranego w Radomiu rektora.

    Mimo tego prof. Hebda został zatwierdzony. Władza szła na pełną konfrontację.

    - Jesienią, o czym nie wiedzieliśmy, trwały zaawansowane przygotowania do stanu wojennego. Przywódcy „Solidarności” mówili, że wszędzie są blokady, że konfliktów się nie rozwiązuje, że dzieje się coś dziwnego - wspomina Jarosław Guzy, wówczas przewodniczący Krajowej Komisji koordynacyjnej NZS.

    Strajkowa codzienność nie była łatwa. Atakowani przez propagandę w prasie i telewizji nazywani byli pogardliwie „chłopcami z NZS”. Do tej odwagi sprzeciwu wobec władz dochodziło codzienne zmaganie się z warunkami.

    Uczelnia nie była przygotowana na całodobową obecność takiej rzeszy ludzi. Kłopotem były i warunki sanitarne, i sprawa zaopatrzenia w żywność. Tu sprawdziła się ludzka solidarność, ale też i pomoc robotniczej „Solidarności”.

    Z drugiej strony na strajku kwitło życie kulturalne. Prowadzono dyskusje i debaty, organizowano wiece. Tu zawiązało się wiele znajomości, a nawet zrodziły się uczucia, które zakończyły się ślubami.

    Ważną sprawą dla strajkujących była opieka duszpasterska. Protestujących odwiedzał bp Edward Materski, ówczesny ordynariusz, a codzienną Mszę św. sprawował ks. Jerzy Banaśkiewicz, duszpasterz akademicki. 

      Codzienne Msze św. w czasie strajku sprawował ks. Jerzy Banaśkiewicz, duszpasterz akademicki
    Archiwum DA w Radomiu

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół