• facebook
  • rss
  • Nie mieliśmy siły, aby go zatrzymać

    ks. Zbigniew Niemirski

    |

    Gość Radomski 03/2017

    dodane 19.01.2017 00:00

    Choć wszystko wskazywało na to, że w Domu Księży Seniorów w Radomiu będzie wiódł spokojny żywot misjonarza emeryta, właśnie poleciał do Zambii w Afryce. Ks. prał. Marceli Prawica ma 78 lat.

    Gdy kilka dni temu dziennikarz Telewizji Polskiej, przygotowując materiał o misjonarzu, który od niemal 45 lat pracuje w afrykańskim buszu, zapytał go o marzenia, ks. Prawica powiedział: „Żeby ta noga przestała tak bardzo boleć, bo tyle jest jeszcze do zrobienia”. – Słuchałem tego wywiadu i byłem pełen zdumienia. Ksiądz Marceli praktycznie nie używa zaimka „ja”. On wciąż myśli i mówi o swoich afrykańskich parafianach w dalekim Chingombe – mówi ks. Jarosław Wojtkun, rektor radomskiego seminarium. – Ksiądz Marceli to nasza legenda pracy misjonarskiej. Powinien u nas już zostać. Ale skoro chce wrócić do Afryki, nie mamy siły, by go zatrzymać – przekonuje bp Piotr Turzyński.

    Proboszcz arcybiskupa

    Ksiądz Prawica o pracy na misjach myślał od początku swojego kapłaństwa. Święcenia przyjął w 1963 roku. Pracował jako wikariusz w Szewnie, Skarżysku-Kamiennej i Końskich. Gotowość pracy jako misjonarz zgłaszał bp. Piotrowi Gołębiowskiemu. Ale ten widział go jako studenta teologii moralnej i swojego następcę w roli wykładowcy w sandomierskim seminarium. – Prośbę o zgodę na wyjazd na misje bp Gołębiowski ocenił najpierw jako chwilowy impuls w życiu i duszpasterskim zapale młodego księdza. Ale gdy przekonał się, że to nie jakaś fanaberia, wyraził zgodę – mówi ks. Marek Jagodziński, przyjaciel misjonarza. Od 1972 r. ks. Prawica pracuje w Chingombe w Zambii. To placówka w środku afrykańskiego buszu. Nazwa „chingombe” znaczy „wiele krów”, a noszą ją nie tylko wioska, ale także dolina i płynąca tu rzeka. Mieszka tu lud Lala, posługujący się językiem memba. Misję w 1914 r. założyli polscy jezuici. Gdy ją opuścili, przejął ją ks. Prawica. Miał już zbudowane przez jezuitów kościół i dom parafialny. Ale było jeszcze wiele do wykończenia i zorganizowania. Chingombe w obecnym kształcie to po prostu dzieło ks. Marcelego. Ciekawym etapem życia tej wspólnoty były lata, gdy w Chingombe jako emeryt osiadł abp Adam Kozłowiecki, polski jezuita. Ten wielki misjonarz Afryki do końca życia (zmarł w 2007 r.) był rezydentem i swoistym wikariuszem ks. Prawicy.

    Teolog i „buszmen”

    Ksiądz Marceli w ostatnich latach wracał do Polski dwukrotnie. Były to misjonarskie urlopy, ale poza tym konieczne wizyty dla podreperowania coraz gorszego stanu zdrowia. Za każdym razem zatrzymywał się w radomskim seminarium. – Czuję się tutaj jak w Afryce, czyli jak w domu. Gościnność, jedzenie, rozmowy, spotkania. Wszystko w atmosferze ogromnej życzliwości – mówi ks. Prawica. Spośród grona pracowników i wykładowców radomskiego seminarium ks. Marcelemu najczęściej towarzyszył ks. prof. Jagodziński, dogmatyk. – Pierwszy raz spotkałem ks. Prawicę jako kleryk w Sandomierzu. Był wręcz jakimś guru i wtedy nie miałem odwagi, by do niego podejść i zamienić z nim choćby słowo. Potem spotkałem go w Końskich, gdzie byłem wikariuszem. On przyjeżdżał tam, bo właśnie stamtąd wyjechał na misje. Ma tam przyjaciół, a wśród nich małżeństwo Zapałów, którzy są również moimi przyjaciółmi. Zosia Zapała jest uczennicą ks. Marcelego. Pisała do niego do Zambii długie i obszerne listy, w których opisywała, co dzieje się w Polsce. Wtedy poznaliśmy się bliżej i tak zadzierzgnęła się nić przyjaźni – mówi ks. Jagodziński. Podczas wizyty ks. Prawicy w Polsce przed dwoma laty ks. Jagodziński zadbał o przygotowanie solidnego przebadania i leczenia misjonarza, które zakończyło się konieczną operacją by-passów. – I podczas tamtej wizyty w Polsce, i teraz mieliśmy wiele okazji do rozmów, które często kończyły się głęboko w nocy. Ksiądz Marceli żywo interesuje się teologią. Szczególnie interesuje go eschatologia, a więc tematyka dotycząca spraw ostatecznych świata i człowieka. „Jak ja o tym opowiem moim parafianom w Chingombe...” – mówił często. Niekiedy stawiał prowokacyjne pytania, np. jaka jest temperatura ogni piekielnych i z szelmowskim uśmiechem czekał na odpowiedź – opowiada ks. Jagodziński. W uznaniu zasług i w dowód przyjaźni radomski dogmatyk, który wykładał między innymi misjologię, dedykował ks. Prawicy swoją książkę „Misje: teologia – historia – rzeczywistość”.

    Ręka przyłożona do pługa

    Misja w Chingombe miała w ostatnich miesiącach chwile napawające optymizmem. Oprócz ks. Marcelego pracowało w niej 3 kapłanów. Strudzony misjonarz mógł więc, zgodnie z prawem kanonicznym, napisać po osiągnięciu 75 lat życia pismo do ordynariusza o zrzeczeniu się pracy i przejściu na emeryturę. I tak, posłuszny kościelnemu prawu, zrobił. Ale... Tych „ale” są dwa. Miejscowy biskup nie odpowiedział zgodą na prośbę misjonarza, znając zaangażowanie kapłana. A drugie „ale” przyniosły najnowsze wydarzenia. Jednym z trzech duszpasterzy w Chingombe jest miejscowy kapłan. W ostatnim czasie miał wypadek samochodowy. Drugi z księży to nasz kapłan ks. Piotr Popis. – Piotruś zaraził się dengą, bardzo agresywną, nową i jeszcze nie do końca poznaną odmianą malarii. Musiał wrócić do Polski, by ratować nie tyle zdrowie, co po prostu życie. Został tylko proboszcz ks. Wojciech Łączyński. To doświadczony misjonarz. Uzyskał w Rzymie doktorat z prawa kanonicznego. Jest w Afryce od 20 lat. Jest twardym człowiekiem, ale potrzeba mu pomocy – mówi ks. Prawica. Czy to dramatyczne położenie jego misji jest ostatecznym motywem powrotu? – Pan Jezus powiedział, że kto przyłożył rękę do pługa, nie powinien się już odwracać wstecz – mówi misjonarz. – To z pewnością wielkie słowa i trudno je wykonać. Ale ta świadomość musi nam towarzyszyć. Misjonarzem trzeba być do ostatniego tchnienia. Takie jest powołanie Kościoła.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół