• facebook
  • rss
  • Pająki i tysiące stokrotek

    ks. Zbigniew Niemirski

    |

    Gość Radomski 15/2017

    dodane 13.04.2017 00:00

    Nawet izby się nie zamiotło, bo Wielkanoc. Wszystko trzeba było zrobić wcześniej. – Było skromnie, ale świątecznie – mówi Weronika Gruszecka.

    Twórczyni ludowa mieszka w Wygnanowie koło Opoczna. Tu, w starym domu, ma swoje prywatne muzeum, którego zbiory gromadzi od niemal 30 lat. – Prawie wszystko to moja robota. Te pająki, stokroteczki i inne ozdoby, a i pozostałe sprzęty to dawne wyposażenie mojego mieszkania. Jego sercem jest ołtarzyk. Bo dawniej ustawiało się go w miejscu, gdzie dziś ludzie mają telewizor – wyjaśnia pani Weronika.

    Kobieta z nałogiem

    – Babcia jest bardzo otwartą osobą. Szybko nawiązuje kontakt z ludźmi. Tryska optymizmem i humorem. Kiedy kilkanaście lat temu musiała się poddać operacji, jechałam z nią szpitalną windą. „Dla mnie to dobrze. Będę miała bliżej do nieba” – powiedziała wtedy. A później, gdy pielęgniarka przeprowadzała wywiad środowiskowy, padło pytanie o nałogi. „Mam” – odparła babcia, a mnie zamurowało. „Robię sztuczne kwiatki z bibuły” – opowiada Ewa Pietras, która po wyjściu za mąż przeprowadziła się z Łodzi do sąsiedniego Sołka. – Babcia nauczyła mnie miłości do folkloru. Przyjeżdżaliśmy do Wygnanowa na wakacje i święta. Ja bardzo chętnie zakładałam i zakładam ludowy stój opoczyński. Skoro górale mogą robić furorę swoim folklorem, dlaczego nie robić tego u nas? – pyta. Pani Weronika sztuki robienia kwiatków, budowania pająków i wyrobu innych ozdób uczyła się w dzieciństwie od babci i mamy. – W domu zawsze było na ludowo. Robiło się rózgi, palemki, bukieciki, pająki i inne ozdoby. Dziś można kupić taką bibułę, jaką się chce. Wtedy było biednie i skromnie. Robiliśmy ozdoby ze słomy, grochu i wszystkiego, co można było znaleźć na podwórzu – wyjaśnia artystka. Dziś, gdy należy do najstarszych i najbardziej doświadczonych wytwórczyń ludowych w regionie opoczyńskim, jest często zapraszana na warsztaty. Prowadzi je między innymi w szkołach, domach kultury i w siedzibach kół gospodyń wiejskich. – Jest trochę ludzi, którzy tego nie rozumieją. Ale mnie się wydaje, że zainteresowanie folklorem odradza się i nie brakuje osób, które chcą się uczyć robienia ludowych ozdób – zapewnia pani Weronika.

    Całe jej życie

    – Od dziecka pracowałam z rodzicami w gospodarstwie. Wygnanów to całe moje życie. Tu się urodziłam, dorosłam, wyszłam za mąż. Męża miałam z Radzic. Przyszedł za mną do Wygnanowa. To był bardzo dobry człowiek, religijny. Służył do Mszy św., chodził śpiewać na pogrzebach za umarłymi. Co roku jeździliśmy do Częstochowy – opowiada artystka. W jej życiu przyszedł czas, gdy nie mogła oddawać się pasji robienia ozdób. Za mąż wyszła w 1953 roku. Urodziło się troje dzieci – dwie córki i syn. – Córki, gdy dorosły, wyjechały do Knurowa i Łodzi. Ale nadal potrafią haftować i robić sztuczne kwiaty. Syn został w Wygnanowie. Mieszkamy w tym samym obejściu. Gdy dzieci się usamodzielniły, mogłam wrócić do moich kwiateczków. Dziś mogę siedzieć przy nich nawet całą noc. A najbardziej się cieszę, kiedy mogę coś z moich ozdób podarować. Nawet mnie pytają: „Weronika, siedzisz dwa tygodnie przy koszyczku kwiatów, a potem to po prostu rozdajesz?”. Ja tak mam, że mnie to raduje. A przy tej robocie jest i taka prosta modlitwa. Trudno robić stokroteczkę i trzymać różaniec. Ja wtedy po prostu rozmawiam sobie z Matką Bożą – mówi artystka.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół