• facebook
  • rss
  • Madonna bez dłoni

    Marta Deka, ks. Zbigniew Niemirski

    |

    Gość Radomski 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    Z ziemi obiecanej Wołyń stał się miejscem krwawego dramatu i nieopisanego cierpienia. W rodzinne radomskie strony z narażeniem życia przyszło im wracać przez ponad 4 lata.

    Franciszek Molik przed II wojną światową pełnił służbę wojskową jako ułan. Od 1934 roku stacjonował w Próżanach na terenie dzisiejszej Białorusi. – I tak to chłopak spod Radomia jeździł na manewry po całym Wołyniu. Zakochał się tam nie tylko w dziewczynie, ale także w pięknych i urodzajnych ziemiach – wspomina swojego ojca Krystyna Kucharczyk, emerytowana polonistka z Radomia, która postanowiła uchronić od zapomnienia dramatyczne wojenne losy swojej rodziny. Ułan po przeniesieniu do rezerwy w 1936 roku namówił rodziców i kuzyna Franciszka Trelkę, aby w Długowoli na Wołyniu kupili gospodarstwo. Tam się ożenił i kończył budowę domu, gdy wybuchła wojna. Został powołany do jednostki wojskowej w Brześciu nad Bugiem. Walczył w kampanii wrześniowej, był jeńcem wojennym. Uciekł z transportu na roboty do Niemiec i rozpoczął walkę o sprowadzenie rodziny z powrotem w Radomskie. Podobne starania, ale z Wołynia, czynił Franciszek Trelka. Założył nawet w tym celu organizację skupiającą Polaków. Chciał wyjechać legalnie z rodziną i przyjaciółmi. Udał się do Ukraińców, by uzyskać pozwolenie. Ci tak go pobili, że cały był posiniaczony. „Polski ci się zachciewa? Damy ci Polskę!” – mówili.

    Dwie korony

    Rodzina pani Krystyny z wielką pieczołowitością przechowuje do dziś wyjątkową pamiątkę z Wołynia – figurę Madonny z Dzieciątkiem. – Ona jest symbolem zgodnego przedwojennego życia Polaków i Ukraińców. Matka Boska ma na głowie koronę polską, a Pan Jezus – diadem ukraiński. Nikt nie pamięta, skąd Franciszek Trelka miał tę figurę, ale miała dla niego i dla całej rodziny wyjątkowe znaczenie – mówi pani Krystyna i opowiada historię, którą usłyszała od Zofii Szklarczyk, najstarszej córki Franciszka. – Po wybuchu wojny, gdy na Wołyń weszli Sowieci, Ukraińcy bardzo szybko zmienili swoje nastawienie do Polaków. W miejsce dobrosąsiedzkich stosunków pojawiła się wrogość. Mężczyźni, obawiając się o życie, przez długie miesiące ukrywali się, szczególnie w nocy, przygotowując sobie specjalne miejsca schronienia. Również Franciszek przygotował sobie ziemiankę, do której było wejście ze studni. Do takiego miejsca zabiera się to, co najważniejsze – jakąś pierzynę czy coś ciepłego. Jak głęboką musiał mieć wiarę, skoro do kryjówki zabierał ze sobą także tę figurkę... Pewnej nocy, gdy żarliwie się modlił, pytał Matkę Bożą, co ma robić. I wtedy przyszła mu myśl, którą uważał za słowa samej Matki Bożej: „Ty nie siedź tu sam, nie ratuj tylko siebie, ale wracaj do rodziny”. Pod wpływem tego impulsu wyszedł z kryjówki. Gdy szedł w stronę domu, na podwórze weszła uzbrojona grupa Ukraińców szukająca Polaków. Zapytali go: „Kto wy?”. Trelka znał język ukraiński i odpowiedział śmiało: „A kto o tej porze może tu być? Gospodarz”. Ukraińcy przekonani, że weszli do zagrody rodaka, poszli dalej. Rodzina ocalała. Franciszek Trelka do końca życia był przekonany, że zostali uratowani dzięki Matce Bożej, a figura do dziś czczona jest w rodzinie. Po jego śmierci wzięła ją najmłodsza córka Stanisława. – Moja Mateńka – tak w rodzinie mówimy o figurce. Ona też przeszła wojenne losy. W zawierusze Matka Boża straciła prawą dłoń – wyjaśnia pani Krystyna.

    Nocne koszmary

    Krystyna Kucharczyk urodziła się już po wojnie. – Dziś jestem emerytką. Mam dużo czasu, którego mi przez całe życie brakowało. Ciągle byłam aktywna. Na emeryturze zastanawiałam się, co mam robić. Dwa lata temu poproszono mnie o zebranie wspomnień ludzi starszych. Część z nich dotyczyła Wołynia, a przecież moja rodzina przeżyła ten koszmar. Mam świadomość, że jest już bardzo późno. To nie jest za pięć 12.00, ale za minutę 12.00, bo świadkowie tamtych wydarzeń już nie żyją, a i zaczynają umierać ich dzieci, które te historie słyszały od swoich rodziców. Ja jestem jednym z nich – opowiada pani Krystyna. Kobieta, wspominając swoją mamę, mówi, że ona nie chciała opowiadać o swoich przeżyciach, chociaż do końca życia śniły jej się koszmary, w których pojawiali się bezlitośni Ukraińcy. Wspominała za to dramat w Paroślach, sąsiedniej wiosce na Wołyniu. – Ukraińcy przyszli wymordować całą wieś. Użyli przy tym podstępu. Powiedzieli Polakom, by dali się związać. Zapowiadali, że niebawem przyjdą Niemcy. Jeśli zobaczą związanych Polaków, oszczędzą ich. Gdy Polacy dali się związać Ukraińcom, ci rozpoczęli rzeź. W okrutny sposób zamordowano kilkadziesiąt osób – siekierami, nożami. Potrafili roczne dziecko wziąć za nóżki i uderzyć o ścianę. Na koniec byli przekonani, że zamordowali wszystkich, ale kilka osób straciło przytomność lub udawało nieprzytomnych. W ten sposób przeżyły i opowiadały potem o tragedii w wiosce – wspomina pani Krystyna i do dziś nie potrafi zrozumieć, jak to się dzieje, że wojna potrafi obudzić w człowieku takie okrucieństwo.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół