• facebook
  • rss
  • Wrócili po roku

    ks. Zbigniew Niemirski

    |

    Gość Radomski 29/2017

    dodane 20.07.2017 00:00

    Przyjaźnie zadzierzgnęły się podczas Światowych Dni Młodzieży i nadal trwają.

    Centrum Radomia przypomina mi centrum Charkowa – mówi Aleksander, a wspominając pobyt rok temu, uśmiecha się, opowiadając o wyprawie do Królewskich Źródeł w Puszczy Kozienickiej. – No i nie da się zapomnieć Apelu Młodych, śpiewów, modlitwy i spotkania młodych w wieczór przed wyjazdem do Krakowa – opowiada. Olek skończył właśnie studia mechaniczne i szuka pracy. Pobyt młodych z Ukrainy w Radomiu podczas Światowych Dni Młodzieży przygotowali Rycerze Kolumba działający przy radomskiej parafii pw. MB Częstochowskiej (os. Kaptur). – To były niezapomniane dni. Gościnność, serdeczność i wręcz przekarmianie nas. To zapamiętałyśmy najbardziej. Gdy wróciłyśmy z Polski, opowiadałyśmy o tym. Nadal korespondujemy z naszymi polskimi gospodarzami. A teraz, gdy przyjechałyśmy tu znowu i zwiedzamy Muzeum Wsi Radomskiej, przypominamy sobie sobotę, rok temu, gdy odbywała się tu impreza „Posmakuj Polski” – mówią Anna i Ira.

    Anna uczy się w technikum mechanicznym, Ira studiuje psychologię. Cała trójka rok temu pojechała z Radomia do Krakowa na spotkanie z papieżem Franciszkiem. – Widzieliśmy Ojca Świętego bardzo dobrze, bo nasz sektor nie był zbyt daleko od ołtarza. Noc pod gołym niebem i czuwanie przed spotkaniem z papieżem Franciszkiem były czyś niesamowitym – mówią goście z Ukrainy.

    Po roku radomska parafia pw. MB Częstochowskiej znów zaprosiła młodych z Ukrainy. – Do uczestników ŚDM dołączyli młodzi, którzy przyjechali do nas po raz pierwszy. Pojechaliśmy na tydzień w góry. Bazę mieliśmy w Czarnym Dunajcu. Stąd ruszaliśmy na wędrówki po Tatrach. Po powrocie nasi goście poznawali Radom i spływali kajakami po Pilicy, korzystając z gościnności diecezjalnego ośrodka w Turnie – mówi Piotr Kędzierski, alumn IV roku, kleryk pochodzący z parafii na radomskim Kapturze. – Morskie Oko, Mnich i Czarny Staw są piękne i wyjątkowe – wylicza Bogdan. Właśnie skończył studia ekonomiczne i pierwszy raz jest w Polsce. Tutaj urzekła go nie tylko przyroda, ale coś jeszcze: – U was nietrudno dostrzec przywiązanie do tradycji i widać, jak ten kraj się rozwija. Urzekła mnie tutejsza gościnność – mówi.

    Młodzi przyjechali z Mariupola i z obwodu donieckiego, ze wschodniej Ukrainy, gdzie bombardowania nie są czymś wyjątkowym. Nadal trwa tam wojna. Opiekunem gości z Ukrainy jest o. Paweł Tomaszewski, paulin. – Pochodzę z Kamieńca Podolskiego. Pracuję w Mariupolu od 6 lat. Przed wojną wszystko było unormowane. Z Doniecka przychodziła do Mariupola piesza pielgrzymka. Wojna to zmieniła, zmieniła zresztą wszystko. Trzeba będzie wielu lat, by to jakoś uporządkować. W Mariupolu mamy katolicką parafię. Staramy się o budowę kościoła, bo bez świątyni po prostu nas nie widać. My, katolicy, jesteśmy malutką mniejszością. Mamy piętrowy dom. Zakonnicy mieszkają na piętrze, a na parterze jest kaplica, do której przychodzi około 100 osób. Nie chcemy wychodzić na ulice, bo to rodziłoby przekonanie, że jesteśmy jakąś sektą. W Mariupolu był kościół zbudowany w końcu XIX w., ale w 1934 r. komuniści wysadzili go w powietrze. Dziś na tym miejscu stoi budynek policji kryminalnej, miejsce nie do odzyskania. Jest także budynek, który był bez wątpienia plebanią, także nie do odzyskania. Mamy nadzieję, że powoli zbudujemy kościół i zaczniemy być widoczni. Pomagają nam nasi przyjaciele, w tym ks. Wiesław Lenartowicz, proboszcz parafii na radomskim Kapturze – mówi o. Tomaszewski.

    Mariupol jest miastem wydzielonym na wschodniej Ukrainie w obwodzie donieckim. Liczy niemal pół miliona mieszkańców. Mieszka tam mniej więcej taka sama liczba Rosjan i Ukraińców. Jest także rosyjskojęzyczna diaspora grecka. Katolicy stanowią znikomą mniejszość. Miasto leży nad Morzem Azowskim, nad Zatoką Taganroską u ujścia Kalmiusu. Jest ośrodkiem przemysłowym i portem morskim. Nazwę Mariupol nosi od 1780 r. Wcześniej nazywał się Pawłowsk. Do 1989 r., w okresie, gdy Ukraina była sowiecką republiką, miasto nosiło nazwę Żdanow, na cześć radzieckiego działacza partyjnego. W styczniu 2015 r. na Mariupol spadły pociski, wystrzelone przez separatystów. Od tamtej pory ostrzały wciąż się powtarzają. – Ale miasto na obecną chwilę jest solidnie ufortyfikowane i okopane. Gdyby przyszedł tu szturm, to by znaczyło, że rozpoczyna się naprawdę wielka wojna. Póki co, trwamy w takim stanie, jak jest. Dużo gorzej jest na wioskach. Tam zniszczenia są naprawdę duże – mówi paulin, opiekun ukraińskiej młodzieży.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół