Szop pracz nadchodzi

Krystyna Piotrowska

|

Gość Radomski 40/2012

publikacja 04.10.2012 00:15

W kręgu przyrody. To pole, na którym nieustannie trwa walka o przetrwanie. Niestety, najczęściej zwycięzcą nie zostaje bohater pozytywny.

Bracia Marek i Jacek Słupkowie wiedzą o wszystkim, co jest związane z przyrodą naszego regionu Bracia Marek i Jacek Słupkowie wiedzą o wszystkim, co jest związane z przyrodą naszego regionu
Krystyna Piotrowska

Pomysł na napisanie tego artykułu pojawił się jeszcze przed wakacjami. Jego realizacja nieprzypadkowo zbiega się ze wspomnieniem patrona ekologów i ekologii, św. Franciszka. Zapisuje się on bowiem w pamięci kolejnych pokoleń między innymi jako ktoś, kto uważał przyrodę za przedziwny dar Boży ofiarowany ludziom. W czerwcu zainspirowała mnie informacja, która obiegła miejscowe media – wygrzewający się w słońcu na ulicy wąż został schwytany przez Straż Miejską. Stróże porządku darowali mu życie i zwrócili naturze, wypuszczając go do pobliskiego Lasu Kapturskiego. Wbrew pozorom nie było to szczęśliwe zakończenie tej historii. I to nie dlatego, że coś się biedakowi stało, bo jego dalszy los jest do tej pory nieznany, ale dlatego, że był to wąż zbożowy pochodzący z Ameryki Północnej i absolutnie nie powinien trafić u nas na wolność.

Nasze i obce

– Wypuszczenie obcego zwierzęcia pochodzącego z Ameryki Północnej to błąd i brak wiedzy o biologii tego gatunku. Na szczęście jest to gatunek, który prawdopodobnie nie przetrwa zimy. Chyba że była to samica, która da początek populacji węża zbożowego w Polsce. Nie sądzę jednak, żeby tak się stało, bo nie jest to gatunek zaliczany do inwazyjnych, które mogą robić spustoszenie – mówi Jacek Słupek, przyrodnik i ornitolog. O tym, czy dany gatunek należy do inwazyjnych, mówi specjalne rozporządzenie. Jest tam lista tych gatunków, których nie można sprowadzać do Polski czy też nie można hodować lub można to robić, ale trzeba mieć odpowiednie zezwolenia. Jak mówi przyrodnik, inwazje mogą być samorzutne, bez inspiracji człowieka. Człowiek stoi za introdukcjami [wprowadzenie nierodzimego gatunku z innego geograficznie regionu – przyp. KP]. – Negatywny wpływ gatunków introdukowanych polega na tym, że wypierają rodzime gatunki i zaburzają stałą równowagę, jaka przez tysiąclecia istniała w naszym ekosystemie – dopowiada brat pana Jacka, Marek Słupek, kierownik Działu Przyrodniczego w Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu. Jeśli chodzi o strukturę i kierunki inwazji, jakie zachodziły w naszym kraju, to następowały one z różnych rejonów świata. Czemu to zawdzięczamy? – Często rozmyślnym działaniom, tak jak w przypadku obcych raków amerykańskich, które się u nas znalazły. Naszymi rodzimymi gatunkami są rak szlachetny i błotny. W momencie pojawienia się tak zwanej dżumy raczej, czyli grzyba, który powodował przetrzebienie liczebności naszych rodzimych raków, ktoś doszedł do wniosku, żeby raczej populacje zasilić rakami amerykańskimi, które na tę chorobę są odporne – tłumaczy Marek Słupek. W ten sposób sprowadzono raka pręgowanego. Był bardziej plenny i odporny na raczą dżumę, ale roznosił ją na nasze rdzenne gatunki. – Rak pręgowany był fatalnym wyborem, bo walory smakowe jego mięsa nie były nadzwyczajne. Sprowadzono więc raka sygnałowego, który pod względem plenności, wielkości i walorów mięsa jest nieco zbliżony do raka szlachetnego. Najpierw sprowadzono go do Szwecji, a on się później rozprzestrzenił na inne kraje europejskie, również i do naszego kraju. W obecnej chwili zarówno rak pręgowany, jak i sygnałowy uznawane są za gatunki inwazyjne. Należy je eliminować ze środowiska; są zalecenia, żeby w przypadku wyłowienia absolutnie nie puszczać ich z powrotem. Mamy sygnały, że rak pręgowany jest też w zalewie w Jedlni. Wtargnął również do rzeki Pacynki – dodaje przyrodnik. W Puszczy Kozienickiej są stanowiska raka szlachetnego i obecnie prowadzone są tam badania, które mają przywrócić ich populację. Innym inwazyjnym gatunkiem jest sumik karłowaty. Miał zastąpić naszego rodzimego suma. Tymczasem w naszych warunkach jest on rzeczywiście karłowaty – nie przekracza 20 centymetrów i bardzo dobrze się pleni. Żywi się ikrą obcych gatunków, a swoją bardzo dobrze opiekuje. W efekcie, choćby na terenie naszej wspomnianej Puszczy Kozienickiej, sumik karłowaty dominuje. Z kolei bezmyślność wędkarzy doprowadziła do rozprzestrzenienia się trawianki, niewielkiej ryby pochodzącej z Azji, używanej przez nich jako żywiec i celowo zarybianej. – Mam naukowe informacje, że na pewno trawianka występuje wzdłuż Wisły i w Pacynce, w Kosówce i być może w zalewie na Borkach. Jest dość powszechna i bardzo liczna. Trawianka roznosi pasożyty, które oddziałują na nasze rodzime gatunki. Po drugie wyjada ikrę – mówi pan Jacek.

Pies czy żółw?

Pozornie bez problemu można hodować w domu żółwia. Odpadają poranne spacery w jesienne szarugi, jak to może mieć miejsce w przypadku czworonożnych przyjaciół. Tu wystarczy zaopatrzyć się w akwaterarium i obserwować malutkiego, bo zaledwie pięciocentymetrowego, egzotycznego pupila. A on rośnie i rośnie i kiedy osiągnie 15–20 centymetrów, nie pasuje już do swojego „domku”. Więc zwraca się go naturze, tak jak strażnicy miejscy zrobili to w przypadku węża zbożowego. W ten sposób żółwie znalazły się na przykład w oczku wodnym na radomskim Gołębiowie. – Były to żółwie ozdobne i początkowo sądziliśmy, że są to bardzo powszechne żółwie czerwonolice. Ale okazało się, że jest to również ozdobny żółw żółtobrzuchy z Florydy. Zarówno żółwie czerwonolice, jak i żółtobrzuche w naszych warunkach klimatycznych nie rozmnażają się. W przypadku tych pierwszych możemy mówić o efekcie skali, bo ich wypuszczanie na wolność, z powodu braku ludzkiej wyobraźni, odbywa się masowo – tłumaczy pan Marek i dodaje: – Musimy kierować się rozwagą i mieć świadomość, że zwierzę kiedyś urośnie, więc trzeba mu zapewnić odpowiednie warunki. Człowiek ponosi odpowiedzialność za to, co robi. Trzeba sprawdzić, czy dany gatunek możemy kupić legalnie i jak takie zwierzę będzie wyglądało, gdy dorośnie, oraz czy może być gatunkiem niebezpiecznym dla naszego środowiska. – Na naszym terenie żółw błotny występuje stosunkowo licznie. Jeżeli ktoś wypuści w rezerwacie – w dolinie rzeki Zwolenki żółwie ozdobne, to w tym momencie będą one stanowiły konkurencję dla naszych rodzimych. Żółw ozdobny jest silniejszy, a osobniki walczą ze sobą. Słabszy będzie skazany na przegraną – mówi J. Słupek. Za obce w naszym kraju, te nierodzime, niewłaściwe naszej faunie, uznane są według ewidencji Instytutu Ochrony Przyrody z Krakowa 302 gatunki, co w ogólnej liczbie krajowych gatunków zwierzęcych stanowi niecały procent. Z tego 74 są uznane za inwazyjne w stopniu intensywnym, czyli wywierające szkodliwy wpływ na naszą rodzimą faunę. – W tej chwili oczekujemy przyjścia szopa pracza. Nadciąga od wschodu i zachodu. Prawdopodobnie będziemy jednym z ostatnich miejsc w Polsce, które przez ten gatunek będzie zajęte. A stanie się to na pewno dlatego, że szop pracz jest dosyć ekspansywny, świetnie sobie radzi. Będą na tym tracić rodzime gatunki zwierząt, głównie ptaków. Nasze ptaki przez lata, tysiąclecia, ćwiczyły strategię swojego przetrwania z drapieżnikami, które występowały w tym środowisku. Ich sposób ukrywania gniazd, piskląt, jest dostosowany do tych drapieżników, które żyły w ich otoczeniu. W tym momencie mamy inne gatunki pochodzące z zewnątrz, które stosują zupełnie inną strategię polowania. I to najprawdopodobniej skończy się spadkiem liczebności gatunków rodzimych – wyjaśnia pan Jacek. Jak się okazuje, równie nieciekawy los spotkał naszą norkę europejską, wypartą przez norkę amerykańską. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że rude wiewiórki wypierane są przez wiewiórki szare sprowadzone z Ameryki Północnej. Na razie dotyczy to głównie Anglii i Włoch, ale mogą one dotrzeć i do nas.

W plenerze

O ile wcześniej z moimi rozmówcami siedziałam w zaciszu radomskiego muzeum, to o roślinach rozmawiamy, przechadzając się po Piotrówce. Ta najstarsza część Radomia czeka na prace porządkowe, które mają się odbyć w najbliższej przyszłości. Teraz ten teren w znacznej części pokrywają bezładnie rosnące chaszcze. Ale są one znakomitą ilustracją do tego, o czym mówią bracia przyrodnicy. – Mamy jakąś pierwotną różnorodność, która była dostosowana do tej strefy klimatycznej, tego konkretnego miejsca i w pewnym momencie zaczyna nam brakować jednego gatunku, a razem z nim giną kolejne, które z nim współżyły – opowiada pan Jacek. Jeśli mamy pełnik europejski i kilka gatunków muchówek – dzięki którym on się rozmnaża – i ta roślina ginie, to wiadomo, że i część muchówek jest nią zagrożonych. To taki system naczyń połączonych. Główną osią przyrodniczą całego Radomia, jego kręgosłupem, jest rzeka Mleczna. Przez nią wnikają do miasta różne elementy dzikiej przyrody. Od tych większych, po mniejsze. – Obserwujemy tu masowy rozwój gatunków inwazyjnych roślin. Kiedyś było to siedlisko jakiejś rośliny, atrakcyjne dla jakiegoś tam gatunku zwierząt. W pewnym momencie przestaje być atrakcyjne, bo miejsce rośliny zajmuje topinambur, który pochodzi z Ameryki Północnej, rdestowiec japoński, klon jesionolistny czy kolczurka klapowana, która niedawno się u nas pojawiła. Wzdłuż Pacynki czy Gzówki rośnie niecierpek gruczołowaty, również gatunek inwazyjny. One wszystkie skutecznie wypierają właściwe dla tych miejsc rośliny. W pewnym czasie zaczyna brakować przestrzeni na przykład dla krwiściąga lekarskiego, który nie jest niestety chroniony, a z nim związane są na naszym terenie przynajmniej dwa gatunki bardzo rzadkich i cenionych motyli modraszków. Panowie Marek i Jacek posiadają ogromną wiedzę na temat przyrody – ożywionej i nieożywionej. Pięknie o niej opowiadają. Myślę, że potrafią też odpowiedzieć na wszystkie pytania z tej dziedziny. Tych, których interesuje przyroda – naszego regionu i nie tylko, zapraszają na stronę internetową Klubu Przyrodników Regionu Radomskiego: przyroda.radom.pl. Marek Słupek zaprasza również do obejrzenia działu przyrody w Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu, gdzie między innymi można zapoznać się ze środowiskami przyrodniczymi regionu radomskiego.