Strażnik

ks. Zbigniew Niemirski

|

Gość Radomski 20/2013

publikacja 16.05.2013 00:15

Historię walk mjr. Henryka Dobrzańskiego zna jak własny życiorys. Robi wszystko, by ten bohater wciąż inspirował.

 Ta szabla należała do Tadeusza Madeja, ułana z oddziału „Hubala”. Madej został zastrzelony krótko przed wybuchem powstania warszawskiego Ta szabla należała do Tadeusza Madeja, ułana z oddziału „Hubala”. Madej został zastrzelony krótko przed wybuchem powstania warszawskiego
ks. Zbigniew Niemirski

Marian Zach służył do tamtej Mszy św. Z nagła otwarły się drzwi bazyliki w Studziannie i do kościoła wszedł oddział polskich żołnierzy. Śpiewana przez wszystkich kolęda „Bóg się rodzi” wycichła, by za chwilę świątynię wypełnił donośny śpiew „Boże, coś Polskę!”. Ta scena to bodajże najbardziej zapamiętany kadr z filmu „Hubal”. Jego kręcenie, by oddawał możliwie wiernie wydarzenia z okresu Bożego Narodzenia i Nowego Roku A.D. 1940, konsultował właśnie tamten ministrant.

Hełm z września

– Byłem przygotowany do pójścia do IV klasy szkoły powszechnej. Ale wybuchła wojna i zamiast pierwszego dzwonka odezwały się syreny alarmowe obwieszczające wybuch wojny. Mieszkałem wtedy z rodzicami w Tomaszowie Mazowieckim. I tego samego dnia uciekliśmy tu, do Poświętnego-Studzianny, do naszej rodzinnej miejscowości, bo stąd pochodziliśmy. Ja się tu urodziłem – rozpoczyna swą opowieść pan Marian.

Niezwykle barwnie odtwarza pierwsze dni okupacji, smutne obrazy cofającej się polskiej Armii „Prusy”. Opowiada też o ciszy pierwszego okresu po przejściu frontu i nieobecności Niemców w okolicy. Wspomina, jak w okolicznych lasach zbierali różne militaria, jakie zostały po tych dniach. – Każdy z nas, chłopców, coś zdobył po tym cofającym się wojsku. Ja zdobyłem hełm. Ten hełm tu nadal leży. To mój pierwszy eksponat, od którego zaczęła się kolekcja pamiątek. No i bawiliśmy się w wojsko – mówi. Dziś emerytowany oficer doskonale pamięta swe pierwsze spotkanie z żołnierzami „Hubala”. – To był listopad. Dzień był mroźny. I z takiej bocznej uliczki wypadło nas kilkunastu chłopców wprost na grupę jeźdźców. Patrzymy: polskie wojsko, ułani! Było ich kilku. Mnie ten mój hełm wpadł na oczy. Moi koledzy rozprysnęli się, a ci na tych koniach wybuchnęli śmiechem. A ja stałem jak słup soli. Nie wiedziałem, co się dzieje. Podniosłem ten hełm, a siedzący na koniu żołnierz z brodą mówi: „Powiedz mi, chłopcze, gdzie można kupić papierosy”. No to mu wskazałem taki sklepik, a potem biegiem do domu i opowiadałem mamie, co widziałem, a ona mi na to: „Tylko nikomu nie mów”. Ale usłyszał o tym 19-letni chłopak, Tadeusz Madej, mój krewny. I przystał do oddziału „Hubala”. Był pierwszy stąd, a potem było ich wielu – opowiada.

Szabla i ostrogi

Tadeusz Madej nie doczekał końca wojny. Jako żołnierz AK został zastrzelony przez Niemców w Warszawie krótko przed wybuchem powstania warszawskiego. Pan Marian pokazuje ułańską szablę. – Produkcja: Borowski, Szabelnia Warszawska i napis: „Honor i Ojczyzna”. Nie pisano „Bóg”, bo to nie licowało z przykazaniem „Nie zabijaj!” – wyjaśnia i dodaje: – Ta szabla to była własność Tadka. Po bitwie pod Anielinem przyszedł do nas i schował ją w stodole. Wiedziała o tym tylko moja mama i to ona dużo, dużo później mi ją pokazała. Z tą szablą w filmie Bohdana Poręby „Hubal” wystąpił Ryszard Filipski, grając mjr. Dobrzańskiego. Takich pamiątek Marian Zach ma nieprzebraną ilość. Może o nich opowiadać godzinami. Za niejedną z nich kryje się coraz to ktoś z bliskich mu osób. Spod okna zdejmuje wysokie kawaleryjskie buty i pokazuje ostrogi. – Należały do Stasia Marcinkowskiego. Razem z bratem Czesławem byli w oddziale Majora. Czesław był piechurem, a Stanisław ułanem. Obaj byli synami Jana Marcinkowskiego, gajowego z Wólki Kuligowskiej. Proszę zobaczyć: w ostrogi są wmontowane monety 50-groszowe. Oficerowie montowali carskie 20-kopiejówki. To było nieregulaminowe, taki ułański szpan, jak by dziś powiedzieli młodzi – uśmiecha się pan Marian. Synowie gajowego Jana walczyli, a ojciec informował partyzantów o ruchach Niemców w okolicy. Czesław i Stanisław nie przeżyli wojny. Zostali zamordowani w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Demon i szaniec

Dom Mariana Zacha to właściwie muzeum, choć on, słysząc takie słowa, protestuje: – Izba pamięci, nie muzeum! Wśród medali, szabel, sztyletów i odznak niełatwo znaleźć niewielki rysunek. Wisi nad drzwiami, a przedstawia czarnego pełnej krwi ogiera. – To Demon, koń „Hubala”, którego otrzymał od Anny Bąkowskiej z Kunic. Ogier przed wojną ścigał się w zawodach – wyjaśnia pan Marian i rozpoczyna opowieść: – To było w styczniu 1940 r. Tadek Madej został ranny w stopę. Przyniesiono go do domu moich rodziców i tu odwiedzał go Hubal. Konie stały za stodołą, a wśród nich Demon. Przy koniach czuwał luzak majora Jasio Kacprzak, mój dobry znajomy. Gdy wszyscy byli w izbie, ja chyłkiem szedłem do Jasia, a on pozwalał mi dosiadać Demona i człapać po podwórzu. Potem zacierałem ślady na śniegu. Ale jednego razu, gdy wychodziłem z domu w kożuchu, „Hubal” wziął mnie za rękę i posadził na kolanie. „Słuchaj – mówił – o czym rozmawiamy, bo może ci się przyda”. A ja siedziałem, spocony – trochę od tego, że w kożuchu, a trochę ze wstydu, bo wydawało mi się, że nie wypada, żeby dorosły mężczyzna, co ma 12 lat, siedział na kolanie jak jakiś mały dzieciak – śmieje się pan Zach. Demon poległ razem z Majorem. I właściwie od jego szczątków zaczął się szaniec. Ale to już kolejna z opowieści mojego rozmówcy: – Kilka dni po bitwie Zygmunt, mniejsza o nazwisko, poszedł na to miejsce. Znalazł końskie trupy, a przy Demonie pokrwawioną poduszeczkę. Spodziewał się kosztowności, ale w środku nie było nic prócz pierza. Gryzło go sumienie i wyspowiadał się z tego. Ks. Witek nakazał mu, by wrócił na miejsce śmierci „Hubala” i jakoś je zaznaczył. Gdy w 1947 r. zjawili się tam Henryk Ossowski, adiutant majora, i kilku hubalczyków, znaleźli to miejsce bez trudu. Postawili tam brzozowy krzyż. Potem, w 1964 r. zbudowano tam szaniec, który upamiętnia miejsce śmierci pierwszego partyzanta II wojny światowej. Budowa Szańca Hubala i jego dzisiejszy kształt to w dużej mierze zasługa Mariana Zacha, który nieprzerwanie jest jego opiekunem i kustoszem. On sam, emerytowany oficer WP, 3 maja tego roku został awansowany do stopnia pułkownika. Wśród wielu tytułów i odznaczeń z dumą przypomina, że jest obecnie jedynym w Polsce honorowym hubalczykiem.

Pierwszy partyzant II wojny światowej

Henryk Dobrzański urodził się 22 czerwca 1897 r. w Jaśle. Pochodził z rodziny szlacheckiej, a jego dziadek był powstańcem styczniowym. Gdy rodzina przeniosła się do Krakowa, uczęszczał tam do Szkoły Realnej. Matura zbiegła się z wybuchem I wojny światowej. Henryk, który brał udział w polskich Drużynach Strzeleckich, zbyt młody, by zostać żołnierzem Legionów Polskich, o rok zmienił datę swych narodzin i tak rozpoczął służbę wojskową. Na własną prośbę w stopniu kaprala został skierowany do 2. Pułku Ułanów Legionów Polskich, by móc wziąć udział w działaniach frontowych. W 1918 roku podczas wojny polsko-ukraińskiej dowodził plutonem w czasie walk o Lwów. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Za dokonania na polu walki czterokrotnie odznaczono go Krzyżem Walecznych i Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po wojnie, jako rotmistrz, był słuchaczem w Centralnej Szkole Jazdy w Grudziądzu. Jako doskonały jeździec wielokrotnie startował w wyścigach konnych i zawodach hippicznych. Reprezentował Polskę w czasie międzynarodowych zawodów konnych w Nicei, Brukseli, Londynie, Rzymie, Neapolu i Mediolanie. Był także uczestnikiem Letnich Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie w 1928 r. Rok przed wspomnianą olimpiadą awansował do stopnia majora. Krótko przed wybuchem II wojny światowej otrzymał mobilizacyjny przydział jako zastępca dowódcy 110. Rezerwowego Pułku Ułanów. Szybki postęp wojsk niemieckich sprawił, że Dobrzański ze swymi ułanami już 11 września został skierowany w rejon Grodna. Tam walczył zarówno z wojskami niemieckimi, jak też z Armią Czerwoną. Po kapitulacji Grodna, 20 września, podjął marsz w kierunku broniącej się Warszawy. W jego trakcie, ponosząc duże straty, oddział Dobrzańskiego zdołał się wymknąć z sowieckiego okrążenia na Biebrzą. 27 września, po kapitulacji stolicy, mjr Dobrzański podjął decyzję nie o ucieczce do Rumunii, ale o marszu w kierunku Gór Świętokrzyskich, by tam walczyć do czasu ofensywy aliantów, której spodziewał się na wiosnę 1940 r. Przyłączyło się do niego około 50 żołnierzy, a on sam przyjął pseudonim „Hubal”, będący przydomkiem gałęzi rodowej Dobrzańskich, z której się wywodził. Pierwszy partyzant II wojny światowej zginął w walce. Został zastrzelony 30 kwietnia 1940 r. pod Anielinem niedaleko Studzianny. Niemcy zabrali jego ciało. Do dziś nie jest znane miejsce jego pochówku. Pośmiertnie, w 1966 r., mjr Henryk Dobrzański został awansowany do stopnia pułkownika i odznaczony Krzyżem Złotym Orderu Wojennego Virtuti Militari.