Niedokończone Msze

ks. Zbigniew Niemirski

|

Gość Radomski 27/2013

publikacja 04.07.2013 00:15

Męczennik z Wołynia. Mija 70. rocznica mordów na Polakach. Wśród ofiar jest o. Kasjan Józef Czechowicz, zakonnik pochodzący z Białaczowa koło Opoczna.

Wykład historyka ks. prof. Józefa Mareckiego, współpracownika krakowskiego oddziału IPN Wykład historyka ks. prof. Józefa Mareckiego, współpracownika krakowskiego oddziału IPN
ks. Zbigniew Niemirski /GN

W geście heroicznej odwagi poszedł do oddziału UPA, by prosić o zaprzestanie rzezi na Polakach. Aresztowano go i bestialsko zamordowano. Stał się ofiarą ukraińskich nacjonalistów. Nie ma swego grobu. – Dziś wreszcie mamy miejsce, gdzie dla uczczenia go i jego ofiary można zapalić znicz – mówi Tomasz Łuczkowski, dyrektor Muzeum Regionalnego w Opocznie.

Odnaleziony ślad

Dyrektor opoczyńskiego muzeum współpracuje z IPN. Jest członkiem Klubu Historycznego im. gen. Stefana Roweckiego „Grota”. – Odnalezienie o. Kasjana było dość przypadkowe. Byłem na otwarciu wystawy w Piotrkowie Trybunalskim „Niedokończone Msze wołyńskie”, będącej hołdem pamięci duchownym, którzy zginęli na Kresach, dając świadectwo wierności Kościołowi. I tam wśród prezentowanych postaci dostrzegłem o. Kasjana z Białaczowa. To było zaskoczenie, ale też i wyzwanie. Stwierdziłem, że ta wystawa musi być w Opocznie.

Zaprosiłem ks. Henryka Wójcika, proboszcza z Białaczowa, i wójta tamtejszej gminy Jana Jóźwika. „Trzeba coś zrobić” – mówiłem. Nasz krajan, męczennik i osoba, która nie ma swojego grobu, powinna być upamiętniona. I tak to się rozpoczęło – mówi Tomasz Łuczkowski. Finał był godny i imponujący. Na ścianie kościoła w Białaczowie wmurowano tablicę pamiątkową o. Kasjana, którą ufundował Sebastian Stuleblak, a uroczystość, w której wraz ze świadkami bolesnych wydarzeń II wojny światowej i przedstawicielami władz różnego szczebla wzięła udział młodzież, została połączona z wykładem historycznym. Było to bezcenne doświadczenie, które zapełnia bolesną lukę naszej niewiedzy. A ta, niestety, nie zmniejsza się. – 10 lat temu, z okazji 60. rocznicy ludobójstwa na Wołyniu, IPN przeprowadził ankietę. Około połowy badanych o tych wydarzeniach nie wiedziało nic. Tych, którzy coś słyszeli, ale nie wiedzieli, o co chodzi, było to 17 procent. Co 5. badany mówił, że wie bardzo mało, a tylko 14 procent mówiło, że zna problem. Badanie powtórzono teraz. I okazało się, że po 10 latach wyniki nie zmieniły się – mówił, kończąc wykład ks. prof. Józef Marecki, historyk związany z IPN, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.

Duchowni wśród ofiar

Wołyńskie ludobójstwo z lat 1942–1944, poszerzone potem o Małopolskę Wschodnią to około 150 tys. Polaków zamordowanych bestialsko przez UPA i podjudzone rzesze prostych ukraińskich chłopów w ramach akcji, której przyświecało zawołanie „Śmierć Lachom”. Wśród nich było około 200 duchownych. Niektórych z nich, jedynie kilku, w trakcie wykładu przywołał ks. Marecki. Miała to być skromna egzemplifikacja ofiary, jaką złożył także o. Kasjan. – Ks. Aleksandrowicz. Niemłody już. Miał 74 lata. Duszpasterzował w Zabłoćcu. Duchowny grekokatolicki prosił go, by uciekał. Odmówił. Mówił, że musi pozostać z parafianami. Został spalony w czasie sprawowania Eucharystii. Msza św. dobiegała modlitwy „Ojcze nasz”. Kościół potem spalono. Zniszczono wszelkie ślady. Wycięto nawet drzewa – mówił historyk. Potem opowiadał o ks. Bolesławie Szawłowskim. Miał 43 lata. Duszpasterzował w Borycku. Wcześniej był kanclerzem kurii. – Został zraniony w czasie Mszy św. Umierał, błogosławiąc oprawców i przebaczając. Konając, namaszczał sam siebie poświęconym olejem. Ukraińscy oprawcy świadomie wybrali na moment ataku niedzielę. Ofiary były w kościołach na Mszach św. Tutaj ich dopadano, poddawano wymyślnym torturom i zabijano. Te Msze pozostały niedokończone i do dziś jakoś domagają się naszej modlitwy – mówił ks. Marecki. W białaczowskim kościele zaległa cisza. Obrazy ofiar, ogrom cierpień budził wyobraźnię. A przecież prelegent unikał drastyczności opisów. Mówił tylko, że mordowano i zadawano ofiarom cierpienia na ponad 130 sposobów. Nie przybliżał szczegółów, choć tych nie dało się całkiem uniknąć. – Jedna z najbardziej tragicznych postaci to pochodzący ze Śląska o. Leon Wrodarczyk. Duszpasterzował w małym drewnianym kościółku w Okopach. Na co dzień zajmował się medycyną. Nie było szpitali. Brakowało leków. Zakonnik zbierał zioła i z nich robił leki. Pewnego dnia zjawili się u niego Ukraińcy i prosili o udanie się do chorego. Wiedział, że to podstęp. Uciekł. Ukrył się na strychu. Zaczęli do niego strzelać. Stamtąd został zrzucony na śnieg. Był katowany. Gdy tracił przytomność, cucili go. Związanego wleczono niemal 7 km do sąsiedniej miejscowości, gdzie był sztab UPA. Tam dzień lub dwa poddawano go torturom. Jak umarł? Przypalano mu nogi w ogniu, obdzierano ze skóry. Gdy jeszcze dawał znaki życia, rozerwano mu klatkę piersiową i wyrwano serce. Zwłoki rzucono do pobliskiego rowu, a na głowę założono worek. Kilka miesięcy potem znaleziono jego ciało. Okazało się, że było w dwóch miejscach przecięte piłą – mówił ks. Marecki.

Drugi holoCaust

Takie tło wydarzeń pozwoliło zrozumieć w pełni to, co stało się udziałem o. Kasjana. Ojciec Kasjan Józef Czechowicz urodził się 16 stycznia 1912 r. w Białaczowie jako syn Franciszka i Katarzyny Podlewskiej. Po ukończeniu siódmej klasy szkoły powszechnej w 1926 r. rozpoczął naukę w kolegium św. Fidelisa w Łomży. Do zakonu kapucynów wstąpił 14 sierpnia 1930 r. w Nowym Mieście na Pilicą. Pierwsze śluby złożył 15 sierpnia 1931 roku, a uroczyste 4 lata później. Święcenia kapłańskie otrzymał 11 lipca 1937 r. w Lublinie. W 1938 r. przeszedł na obrządek wschodni bizantyński i zamieszkał w Lubieszowie w diecezji pińskiej. Tam rozpoczął działalność misyjną wśród miejscowej ludności. W czasie wojny obsługiwał opuszczone parafie grekokatolickie diecezji łuckiej. W 1943 r. Ukraińcy zlikwidowali katolicką misję, dlatego o. Kasjan z o. Aniołem Dąbrowskim i br. Bartłomiejem Słabowskim przebywał w Kolonii Choromecko. Gdy wiosną tamtego roku szalał terror UPA, o. Kasjan udał się w czerwcu do obozu banderowców, gdzie błagał ich o zaniechanie mordów na Polakach. Został uwięziony, następnie przewieziony do Kowla i utopiony. Ciało wrzucono do rzeki. Ciała nigdy nie znaleziono. Ten prosty zakonnik znalazł się w trybach wielkiej machiny ludobójstwa. Ukraiński nacjonalizm, korzystając ze słabnącej siły hitlerowskiej okupacji i starając się uprzedzić nadchodzącą Armię Czerwoną, chciał realizować plan budowy niepodległości, realizując go przy tym przez etniczne czystki. Historycy wskazują, że realizatorzy tej wizji sięgali po niemieckie doświadczenia z Wołynia, gdy dokonywano eksterminacji ludności żydowskiej. Hitlerowcy w początku 1942 r. rozpoczęli likwidację żydowskich gett i zaczęli masową zagładę ludności żydowskiej. Przy obławach i konwojowaniu Żydów, a czasem przy egzekucjach z SS współdziałała Ukraińska Policja Pomocnicza. W tamtej eksterminacji zostało zamordowanych na Wołyniu około 150 tys. Żydów i 455 tys. w Małopolsce Wschodniej. W czasie zbliżania się Armii Czerwonej wielu członków Ukraińskiej Policji Pomocniczej zdezerterowało i zasiliło oddziały UPA. Może tutaj należy szukać zrozumienia sensu słów i tragicznych skutków działań jednego z dowódców UPA: „Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi – ZSRR. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską”. – Nie jesteśmy tutaj, by szukać zemsty. Jesteśmy tu po to, by szukać jedności. A ta, by prowadzić do pełnego pojednania i przebaczenia, musi opierać się na prawdzie. Niech tej drodze patronuje nasz rodak o. Kasjan – mówił ks. kan. Henryk Wójcik.