Moja siostra ocalona z Holokaustu

ks. Zbigniew Niemirski

|

Gość Radomski 38/2018

publikacja 20.09.2018 00:00

Przez 25 lat ks. kan. Stanisław Kosowicz, proboszcz parafii pw. Matki Odkupiciela w Radomiu, nie mówił o tym, że jego rodzice otrzymali medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata.

Ksiądz Kosowicz pokazuje dyplom Instytutu  Yad Vashem. Ksiądz Kosowicz pokazuje dyplom Instytutu Yad Vashem.
ks. Zbigniew Niemirski /Foto Gość

Zmieniłem zdanie i postanowiłem o tym mówić, gdy rozpętała się ta swoista wojna, w której chce się nas, Polaków, obciążać winą za zagładę Żydów – tłumaczy ks. Kosowicz. W minionym ćwierćwieczu umarła uratowana z Holokaustu Małka – Marysia i zmarli również bohaterscy rodzice ks. Stanisława.

Przyszli do przyjaciół

Na początku II wojny światowej Chaja i Lejb Zylberbergowie mieszkali w Połańcu. 22 maja 1939 r. urodziła im się córka Małka. Przyjaźnili się z Polakami, a najbardziej z rodziną Kosowiczów, która mieszkała w centrum Połańca.

W 1941 r., podobnie jak w setkach innych miast, Niemcy utworzyli w Połańcu getto. Rodzina Zylberbergów została do niego przeniesiona. Od czasu do czasu jej członkom udawało się wychodzić poza obszar zamknięty do pracy. Na kilka dni przed likwidacją getta, a było to w październiku 1942 r., Zylberbergowie poprosili Jana i Józefę Kosowiczów o pomoc. Przeczuwali, że nadchodzi coś wyjątkowo niebezpiecznego. Ufali Kosowiczom, dlatego pozostawili u nich na kilka dni swoją 3-letnią córkę, a sami gdzieś się ukryli. Zamierzali po wszystkim wrócić po nią. Już nie wrócili. – Urodziłem się w 1949 r. i, co zrozumiałe, nie pamiętam ani czasu wojny, ani pierwszych lat po jej zakończeniu. Moja pamięć sięga czasu, gdy miałem 4 może 5 lat. Od zawsze wiedziałem, że nasza siostra Marysia jest Żydówką uratowaną przez rodziców przed zagładą. Potem dowiadywałem się więcej. Mama i tata nie zawahali się, by żydowskie dziecko otoczyć opieką. Chronili je i opiekowali się nim, a gdy przekonali się, że sytuacja gęstnieje i Niemcy mogą przyjść w każdej chwili, by szukać ukrywanej Żydówki, wywieźli ją do siostry mamy pod Lublin. Ryzykowali życiem swoim i swoich dzieci. Niemcy w istocie przyszli. Przeprowadzili przeszukanie, a tata był wleczony za motocyklem przez kilkaset metrów, ale niczego nie zdradził – opowiada ks. Kosowicz. Rodzina Kosowiczów miała pięcioro dzieci. Troje z nich żyło już w czasie, gdy przyszło im zaopiekować się żydowską dziewczynką. – To byli siostra Danusia oraz bracia Piotr i Ryszard. Ryszard już nie żyje, ale w Staszowie mieszka Piotr, starszy ode mnie o 16 lat. Oni z rodzicami ryzykowali życiem za ochronę żydowskiej dziewczynki – mówi ks. Stanisław.

Adopcja, chrzest i Kanada

Gdy zakończyła się wojna, Marysia, bo tak nazywano ocaloną córkę Zylberbergów, była pod opieką Kosowiczów. – Ówczesne władze chciały oddać dziewczynkę do domu dziecka. Moi rodzice na to się nie zgodzili. Co więcej, rozpoczęli starania o jej prawną ado- pcję. Procedura trwała kilka lat. W tym czasie Marysia rosła. Od zawsze miała świadomość, kim jest, i my, naturalne rodzeństwo, wiedzieliśmy, jaka jest sytuacja. Zawsze traktowaliśmy ją jak siostrę, choć rodzice pozostawiali jej prawo wyboru. Gdy była w III lub IV klasie szkoły podstawowej, poprosiła o chrzest. I to był problem. Proboszcz ks. Stanisław Zbroja początkowo się wahał, ale widząc jej przekonanie, udzielił sakramentu – mówi ks. Kosowicz. Potem Marysia uczyła się w szkole średniej w Staszowie. Mieszkała na stancji ze swoim rodzeństwem. Po maturze rozpoczęła studia medyczne. – Gdy była na III roku studiów, zgłosił się człowiek z Brukseli i poinformował Marysię, że w Kanadzie żyje jej stryjeczny dziadek. Zaprosił ją. Pojechała, ale wróciła, bo chciała tu pozostać. Jej kuzyni z Kanady uszanowali ten wybór. Pomagali potem, przysyłając paczki. Po ukończeniu studiów Marysia pracowała jako lekarz w Tarnowie. Założyła rodzinę. Była ordynatorem oddziału zakaźnego. Zmarła w 2013 r. – mówi ks. Kosowicz.

Sprawiedliwi wśród Narodów Świata

Ksiądz Kosowicz mówi, że nie wie, kto zgłosił jego rodziców do medalu Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Wręczenie odbyło się 18 maja 1994 r. w Ambasadzie Izraela. Medal odebrali żyjący jeszcze wówczas rodzice. – Tato zmarł w 1999 r., a mama w 2004 r. – wyjaśnia ks. Stanisław. Rodzina Kosowiczów odebrała dyplom, na którym widnieje informacja: „Niniejszym zaświadcza się, że Rada do spraw Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przy Instytucie Pamięci Narodu Yad Vashem, po zapoznaniu się ze złożoną dokumentacją postanowiła na posiedzeniu w dniu 1 sierpnia 1993 r. odznaczyć Józefę i Jana Kosowiczów medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata w dowód uznania, że z narażeniem własnego życia ratowali Żydów prześladowanych w latach okupacji hitlerowskiej. Imiona ich uwiecznione będą na honorowej tablicy w Parku Sprawiedliwych wśród Narodów Świata na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie”.

Z internetowej strony Yad Vashem

U progu II wojny światowej Chaja i Lejb Zylberbergowie wraz z urodzoną 22 maja 1939 r. córką Małką mieszkali w Połańcu. Utrzymywali przyjacielskie relacje z Polakami, a szczególna więź łączyła ich z rodziną Kosowiczów. W 1941 r. Niemcy utworzyli getto w Połańcu. Zylberbergowie przenieśli się na jego teren, ale od czasu do czasu wychodzili do pracy poza obszar getta. Ponad rok później, w październiku 1942 r., na kilka dni przed likwidacją dzielnicy dla Żydów w Połańcu, Chaja i Lejb poprosili Jana i Józefę Kosowiczów o pomoc. Przeczuwali, że wkrótce odbędzie się akcja i pozostawili u nich na kilka dni swoją trzyletnią wówczas córkę. Zamierzali wrócić po nią, kiedy sytuacja w getcie się uspokoi. Zginęli kilka dni później. Dziewczynka pozostała u Kosowiczów na stałe. Nazywano ją Marysią i przedstawiano jako członka rodziny. W chwilach szczególnego zagrożenia dziecko zabierane było z domu i ukrywane u krewnych i znajomych Kosowiczów. Kiedy ich sąsiedzi zaczęli plotkować na temat pochodzenia dziewczynki, Józefa i Jan zmienili na stałe miejsce ukrywania Małki. W Połańcu mogła zostać rozpoznana, obawiano się, że może to doprowadzić do donosu, a w konsekwencji sprowadzić ogromne niebezpieczeństwo. Kosowiczowie postanowili więc przewieźć dziewczynkę do wsi Starościce koło Lublina, gdzie mieszkała Warchołowska, siostra Józefy Kosowicz. Pomimo trudnej drogi oraz kilku rewizji w pociągu, udało im się bezpiecznie dotrzeć na miejsce. Marysia przebywała u Warchołowskiej do końca okupacji niemieckiej na tym terenie, tj. do lipca 1944 roku. Po zakończeniu II wojny światowej Kosowiczowie adoptowali dziewczynkę, ochrzcili ją i oficjalnie zmienili imię na Maria. „Moi rodzice zginęli, a ja już na stałe pozostałam u Kosowiczów. Przybrani rodzice z narażeniem własnego życia i swojej rodziny ukrywali mnie przed Niemcami” – podkreślała po wojnie. Dziecko wzrastało jednak w pełnej świadomości swojego żydowskiego pochodzenia. Kosowiczowie opłacili edukację Marii, została lekarzem. Mieszkała w Tarnowie i opiekowała się przybranymi rodzicami.