Oazowa lekcja wiary

Marta Deka

|

Gość Radomski 42/2019

publikacja 17.10.2019 00:00

W Kenii i Tanzanii prowadziła rekolekcje Ruchu Światło–Życie. – My często pytamy Pana Boga, dlaczego czegoś nam nie dał, a oni dziękują Mu za to, co im dał – opowiada.

Magdalena Kowalik z uczestnikami spotkań. Magdalena Kowalik z uczestnikami spotkań.
Archiwum Magdaleny Kowalik

Magdalena Kowalik pochodzi z Radomia, z parafii Chrystusa Króla. Jest studentką V roku pielęgniarstwa na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Ma 23 lata.

W Ruchu Światło–Życie działa od 2012 roku. Zawsze marzyła, by wyjechać na misje. Nie wie, skąd jej się to wzięło. Gdy w jej parafii czy szkole byli misjonarze, słuchała ich opowieści z dużym zainteresowaniem. – Wcześniej była niedzielna Msza św., codzienny pacierz, ale to była bardziej tradycja niż wiara. Kiedy uczyłam się w gimnazjum, lepiej poznałam Pana Boga, można powiedzieć, że się nawróciłam. Wtedy zapragnęłam, by pojechać na misje, żeby głosić Chrystusa i opowiadać o Panu Bogu – mówi oazowiczka.

Trochę odpuściła

Już w Lublinie Magdalena dołączyła do fundacji AfricaMed, bo chciała pojechać na misje jako pomoc medyczna, ale nie wiedziała, jak mogłaby tego dokonać jako świecka misjonarka. Kiedy trochę odpuściła i pomyślała, że może to były tylko dziecięce marzenia, ks. Krzysztof Dukielski, diecezjalny moderator Ruchu Światło–Życie, wysłał jej zaproszenie na spotkanie misyjne w Krakowie, bo oazami w Afryce zajmuje się diakonia misyjna z archidiecezji krakowskiej. Zanim podjęła decyzję, uczestniczyła w rekolekcjach o rozeznawaniu powołania. Tam doszła do wniosku, że powinna spróbować.

Potem pojechała na spotkanie misyjne do Krakowa i zaczęły się przygotowania. – Głównie polegały one na nauce języka angielskiego, bo nigdy nie byłam w tym dobra, a angielski jest językiem urzędowym w Kenii i Tanzanii. Dodatkowo trzeba było czytać Biblię po angielsku, modlić się po angielsku, a to są słówka, których w szkole się nie uczy. Pożyczyłam od znajomego księdza Biblię w języku angielskim. Przygotowywałam się też finansowo. Wiadomo, to były ogromne koszty. Organizowałam różne zbiórki, czy to w internecie, czy w parafiach, gdzie mówiłam świadectwo. Spotykałam się z osobami, które już prowadziły oazy w Afryce, rozmawiałam z misjonarzami i czytałam książki o krajach, do których miałam pojechać. I wyjechałam. W Kenii wraz z innymi animatorami prowadziliśmy trzy turnusy pięciodniowych oaz ewangelizacyjnych, a w Tanzanii – pierwszy stopień Oazy Nowego Życia – opowiada Magdalena.

Kiedy wylądowała w Afryce, nie mogła uwierzyć, że tam jest, że jej marzenia się spełniły. Podczas oazowych rekolekcji starała się być animatorką taką jak w Polsce. Prowadziła spotkania, mówiła świadectwa. Były pogodne wieczory, namioty spotkania, Msze św. – z tym że w zupełnie innym miejscu i dla zupełnie innych ludzi.

Pan Bóg działa

Oazowicze kilka dni spędzili w domu dziecka w Tanzanii. Tam po raz pierwszy zderzyli się z realiami życia w Afryce. – Jedno z dzieci bawiło się samochodzikiem zrobionym z butelki, inne – oponą od roweru. One były przeszczęśliwe, wesołe, cieszyły się, że przyjechaliśmy do nich. Wtedy przypomniałam sobie z dzieciństwa, że nie chciałam takiej zabawki, tylko inną. Grymasiłam. A te dzieci cieszyły się z tego, co mają. Jednej nocy odprowadzałyśmy je tam, gdzie śpią. Dla nas to był przykry widok. Mieszkają w dużej hali – prycza koło pryczy. Każde na swoim łóżku miało jedną skrzyneczkę, która robi za półkę – opowiada oazowiczka.

Pierwsze oazowe spotkanie dla Magdaleny było trudne. Chciała wrócić do Polski, bo nie rozumiała, co do niej mówią uczestnicy rekolekcji. – Było to spotkanie dotyczące historii życia, gdzie dziewczyny dzieliły się trudną historią, nieraz się wzruszały. Ja nie umiałam tego w żaden sposób skomentować, bo nie do końca rozumiałam, co one mówią. Spowodował to m.in. inny akcent. Czułam się bezużyteczna. Zastanawiałam się, co ja tym ludziom mogę dać, skoro nie umiem nawiązać zwyczajnych relacji. To była dla mnie ogromna lekcja wiary i też doświadczenie działania Pana Boga – mówi Magdalena. Już podczas tego pierwszego spotkania opowiedziała historię swojego życia, dała świadectwo.

– Któregoś dnia jedna z uczestniczek poprosiła mnie o rozmowę. Pomyślałam sobie: „Dziecko, dlaczego kogoś innego nie poprosiłaś”. Rozmawiałyśmy dwie godziny. Okazało się, że prawie wszystko rozumiałam i mogłam jej w języku angielskim wiele wyjaśnić – opowiada Magdalena. Wspomina też jedno ze spotkań, podczas którego padło pytanie o to, kto powie świadectwo przed całą oazą: – Nie wiem, co się wtedy stało, ale moja ręka sama się podniosła. To było działanie Pana Boga. Przełamałam barierę. Odważyłam się. Ludzie mnie rozumieli. Później dotarło do mnie, że to świadectwo było potrzebne. Magdalenę poruszyły rozmowy, podczas których uczestnicy rekolekcji mówili o swoich doświadczeniach. Ktoś opowiadał o śmierci członków rodziny.

Inna uczestniczka opowiedziała o swoim bracie, który zmarł na anemię. Miała ze sobą jego zdjęcie. Widać było, że bardzo go kochała. – Oni mimo wszystko nie mają pretensji do Pana Boga. Są wdzięczni i wszystko przyjmują z pokorą. Dziękują za to, że spadł deszcz, że mają jedzenie. My często pytamy Pana Boga, dlaczego czegoś nam nie dał, a oni dziękują Mu za to, co im dał – tłumaczy.

Rekolekcje z katechistami

Szczególnym wyzwaniem dla oazowiczów był pobyt w West Pokot. Mieli tam wygłosić rekolekcje dla katechistów, którzy należeli do plemion półkoczowniczych. – To był inny świat. Gdyby ziemia była płaska, to tak sobie bym wyobrażała kraniec świata. Ten teren otoczony był bardzo wysokimi górami. Prowadziła do niego piaszczysta droga. Jechaliśmy przez busz, a w nim ukazała się nam chata, potem znów był busz i zobaczyliśmy chłopca z krową, a po następnym odcinku drogi – ludzi, którzy zmierzali nie wiadomo dokąd – opowiada M. Kowalik.

Misjonarzy w Afryce jest zbyt mało, by mogli z posługą dotrzeć do każdej z kaplic, dlatego wspierają ich katechiści. – Oni czasem nie żyją sakramentalnie. Mają kilka żon. O statusie mężczyzn w tym plemieniu stanowi liczba krów. Wydają córki za mąż, w zamian otrzymują krowy. Żeby mieć dużo córek, trzeba mieć dużo żon, a jeśli zapłaciło się za żonę, to ona musi służyć. To żona wstaje w nocy, żeby zagrzać lepiankę, opiekuje się domem i dziećmi, bo ona należy do męża – wyjaśnia Magdalena.

Oazowiczki poprowadziły tam też konferencję o relacjach damsko-męskich. Mówiły, jak powinny wyglądać. – Niektórym pootwierały się oczy. Wiadomo, że nie wszystkim. Potrzeba wielu lat, by w tej kwestii coś się zmieniło, ale usłyszeli, że można żyć inaczej – tłumaczy Magdalena. – Misjonarz z Polski powiedział nam, żebyśmy nie oczekiwali cudów, że to plemię przyjmuje pewne rzeczy, a i tak jego członkowie zrobią swoje. Stało się zupełnie inaczej. W mojej grupie był mężczyzna, który miał tradycyjny ślub, a po rekolekcjach zdecydował się przyjąć sakramentalny – dodaje.

Problem z ciszą

Afrykanie radość wyrażają tańcem i śpiewem. Gdy animatorzy wsiadali do busa, którym jechali do kolejnych punktów ewangelizacyjnych, kierowca rozkręcał muzykę. Ten kontynent aż huczy. I tak jest podczas Mszy św. Jest taniec na wejście, na akt pokuty, a kiedy wprowadzane jest Pismo Święte, wszyscy zaczynają krzyczeć, to jest taki wrzask radości. – Brakuje im ciszy – mówi M. Kowalik. – Myślałam, że u nas, w Polsce, ludzie uzależnieni są od telefonów komórkowych. Ale tam jest gorzej. Naszym podopiecznym zwracaliśmy uwagę, by z nich nie korzystali podczas jedzenia. W West Pokot ludzie nie mieli wody i prądu, a mieli telefony komórkowe – mówi Magdalena. – My zachęcaliśmy ich, by się wyciszyli. Mieli problem z adoracją w ciszy Najświętszego Sakramentu czy z namiotem spotkania, czyli osobistym spotkaniem z Panem Bogiem. Potem opowiadali nam, że te spotkania w ciszy były dla nich ważnym doświadczeniem – dodaje.

On mnie prowadził

W drodze animatorzy mieli wiele przygód. Nigdy nie szło tak, jak powinno. A to ktoś stracił bagaż, a to kogoś okradli. – Gdy wracaliśmy z Pokot, obsunęła się droga pod ciężarem naszego busa i utknęliśmy w środku gór. Zawsze wszystko kończyło się dobrze, zawsze mieliśmy taki pokój w sobie i Pan Bóg tak bardzo dbał o nas. Wiedzieliśmy, że On jest, że On zadba, by wszystko skończyło się dobrze. Chwaliliśmy Pana Boga za to, że wyszliśmy cało z tej sytuacji – mówi Magdalena. – Śmiałam się przed wyjazdem, że jestem ostatnią osobą, która powinna tam pojechać, ze względu na język. Po rekolekcjach już tak nie myślę. Pan Bóg wie, co robi. Jestem przekonana, że to wszystko, czego doświadczyłam, było Boże. To On mnie prowadził. W Afryce poczułam, że jestem na swoim miejscu i robię to, co powinnam. Nawiązałam trochę znajomości z uczestnikami. Chciałabym wrócić w przyszłym roku. Ale zobaczymy, jak to wyjdzie, bo będę broniła pracy magisterskiej. Zobaczymy, jak pójdzie z uczelnią i czy Pan Bóg chce mnie tam widzieć, bo od tego najwięcej zależy – mówi M. Kowalik.

Magdalena pierwszy raz była w Afryce. Na zwiedzanie nie miała zbyt wiele czasu. Pochłaniały ją oazowe rekolekcje, które prowadzone były w wielu miejscach. Czasem musiała się do nich przygotować. Ale jadąc busem, mogła przyglądać się afrykańskim krajobrazom. W Tanzanii miała trzy dni wolnego. Wtedy spełniła swoje marzenie – wybrała się na safari.