Wolontariusze na peryferiach

Marta Deka, ks. Zbigniew Niemirski

|

Gość Radomski 33/2022

publikacja 18.08.2022 00:00

Wychodzili na pole, żeby ewangelizować. Zapraszali do siebie na Msze św. i Wieczory Chwały. Siedem osób z diecezji radomskiej wzięło udział w Przystanku Jezus.

	Nasi ewangelizatorzy na festiwalowym polu. Nasi ewangelizatorzy na festiwalowym polu.
Ks. Łukasz Madej

Przystanek Jezus jest imprezą, która od 1999 roku towarzyszy Przystankowi Woodstock, obecnie festiwalowi Pol’and’Rock, organizowaną przez Katolickie Stowarzyszenie w Służbie Nowej Ewangelizacji „Wspólnota św. Tymoteusza z Gubina”. W poprzednich latach bywało tak, że na Przystanek Jezus przyjeżdżało niemal tysiąc ewangelizatorów, głównie świeckich. Były koncerty rockowe i organowe, spotkania i wykłady. W tym roku były to przede wszystkim spotkania o charakterze modlitewnym, a na tzw. polu – rozmowy „twarzą w twarz”. Przyjechało około 150 ewangelizatorów.

Czy jesteś prawdziwy?

Ksiądz Piotr Gruszka, wikariusz parafii Chrystusa Króla w Radomiu, na przystanku Jezus był po raz szósty. – Jestem klasycznym przykładem, jak można się „nawrócić” na Przystanek Jezus. Kiedy koledzy klerycy tam jeździli, ja byłem przeciwnikiem. Może nie wyrażałem tego wprost, ale byłem zdystansowany. Kiedy ks. Artur Godnarski ze Wspólnotą św. Tymoteusza przyjechał na rekolekcje do radomskiego seminarium, to był dla mnie przełomowy czas, również podjęcia życiowej decyzji. Już jako diakon prawie cały rok mieszkałem we wspólnocie w Gubinie. To była dla mnie wskazówka, co chcę robić jako ksiądz – wychodzić do ludzi. A na Przystanku Jezus bardziej się nie da. To są peryferie, o których mówi papież Franciszek. To są nawet peryferie peryferii – mówi. W tym roku ks. Gruszka zajmował się sprawami organizacyjnymi, ale wychodził też na pole. W poprzednich latach robił to częściej. – Z jednym z chłopaków mam kontakt od 2014 roku. Ma na imię Dawid. Był nawet u mnie ze swoją dziewczyną na Mszy św. prymicyjnej – opowiada. Sytuacje na polu często zaskakują. Gdy jeszcze nie był księdzem, wyszedł z Tomkiem, klerykiem z Bydgoszczy. – Spotkaliśmy dwie dziewczyny ubrane na czarno, takie metalówy. Miały gąbki do siedzenia. Zaprowadziły nas w miejsce, gdzie je rozdawali. Rozmawialiśmy. Jedna mówiła o trudnych relacjach, szczególnie z ojcem. Potem poszliśmy na bazę przystanku i długo siedzieliśmy. Otworzyłem Pismo Święte i zacząłem czytać 1 List do Koryntian, gdzie jest napisane o relacjach rodzinnych. Dziewczynie łzy zmywały makijaż. Zapytała: „Co ty czytasz?”. Powiedziałem, że słowo Boże. A ona na to: „Ale to jest o mnie”. Po naszej rozmowie one poszły do spowiedzi – wspomina ks. Gruszka. Kolejnego roku, gdy był już księdzem, zaczepił go młody człowiek. – Trzymał kratę browara i powiedział, że chce się wyspowiadać. Podstawił mi tę kratę, bym usiadł. „Niech ksiądz siada na tym browarze”. I tak odbyła się spowiedź – mówi. Pytany, co dają mu te wyjazdy, mówi, że motywują go do działania: – W parafiach są ludzie, ale w sercu rodzą się pytania: „A co z tymi, których nie ma? Co możemy robić, żeby jeszcze bardziej wyjść do innych?”. W mojej parafii organizujemy koncerty, rekolekcje ewangelizacyjne, spotkania – dodaje.

Kiedy wychodzą na pole w sutannach czy habitach, by ewangelizować, jednym z pierwszych pytań jest: „Czy jesteś prawdziwy?”. Kiedy odpowiadają, że tak, często dochodzi do poważnych i długich rozmów. – Nierzadko są to osoby poranione, także przez ludzi Kościoła, i zanim coś powiem, muszę swoje wysłuchać. To mi pokazuje, jak wielką rolę odgrywamy my, kapłani. Lubię słuchać tych ludzi, którzy byli w Kościele i z jakiegoś powodu odeszli, ale mają w sobie tęsknotę, bo chcą Chrystusa. Te rozmowy zaczynają się od tego, że ktoś mnie zaczepi, a kończą się modlitwą, bo mówi, że nie radzi sobie w życiu – mówi ks. Łukasz Madej, wikariusz radomskiej parafii św. Jadwigi Królowej, który na Przystanku Jezus był już po raz piąty. Ksiądz Łukasz patrzy z podziwem na świeckich ewangelizatorów, którzy na Przystanek Jezus przyjeżdżają z całej Polski. – Poświęcają czas, pieniądze, wygody, żeby głosić Ewangelię, dawać miłość, żeby służyć – mówi. Duszpasterz podkreśla też znaczenie rekolekcji, które ewangelizatorzy odbywają przed przyjazdem. – Sami najpierw się nawracamy. Doświadczamy tego, że Pan Bóg nas kocha. Chodzi o to, abyśmy nie głosili siebie, ale Chrystusa, żeby nie rodziło się przekonanie, że my jesteśmy mocni, a ci, do których idziemy, są słabi i muszą na nas czekać – przyznaje.

Teraz ja umyję

W tym roku wolontariusze wyszli z inicjatywą, by myć uczestnikom festiwalu stopy. Mieli miski, wodę, wystawili napis, była ławeczka. – Kto chciał, przychodził. Prawie zawsze było tak, że na początku bronili się. A potem mówili, że nigdy czegoś takiego nie doświadczyli. Ten gest Chrystusa więcej znaczył niż rozmowy, a na pewno otwierał i sprowadzał dialog na poważne tematy. Oni byli często wzruszeni i mówili: „Teraz ja umyję księdzu stopy”. I zamienialiśmy się miejscami – wspomina ks. Madej. O umywaniu nóg mówi też s. Emilia Batóg ze Zgromadzenia Córek św. Franciszka Serafickiego, która pracuje w radomskiej parafii Chrystusa Króla. Zwraca przy tym uwagę na inne rzeczy. – Na Przystanku Jezus jestem po raz pierwszy, chociaż dwa lata temu byłam online, bo była taka forma. Samym habitem świadczymy o Bożej obecności. Nie musimy jakoś specjalnie wychodzić, nawoływać innych. To ludzie, widząc nas w habicie, podchodzą, zadają pytania – mówi siostra. – Jadąc tu, myślałam, że dużo osób będzie mnie atakować, bo tak się zdarza tam, gdzie się posługuje czy jedzie na urlop. Byłam na to przygotowana. Dla mnie dużym zaskoczeniem było, że nikt mi nie ubliżył. To mnie bardzo poruszyło. Byłam zdziwiona, że nie było żadnego wyzywania od „pingwina” – dodaje.

Siostra Emilia wcześniej spotkała się z całowaniem stóp podczas rekolekcji. – Natomiast z umywaniem nóg jeszcze nie. To było takie obmywanie ran drugiego człowieka, bo ci ludzie, jak wynikało z rozmowy, są daleko od Kościoła, są poranieni, ale też dużo mieli wdzięczności. Niektórzy nie chcieli, żeby im myć nogi, inni byli wdzięczni. A gdy po umyciu dodawałam taki bonus ucałowania stóp, byli bardzo poruszeni – wspomina. Wśród wolontariuszy była też s. Agata Gryszkiewicz z tego samego zgromadzenia, pracująca w radomskiej parafii św. Kazimierza. – Na Przystanku Jezus byłam pierwszy raz i posługiwałam jako muzyczna. Mieliśmy zespół, obstawialiśmy liturgie, spotkania, modlitwy, a w czasie wolnym wychodziłam na pole. Ewangelizowałam z chłopakiem z zespołu, który jest perkusistą. On brał bęben, zaczynał grać, a ja tańczyłam. Wtedy dołączali inni i zawiązywała się rozmowa. Jacyś chłopcy uczyli mnie jeździć na deskorolce. Potem pytali, czy jestem przebierańcem, czy prawdziwą siostrą. Odpowiedziałam, że jestem prawdziwa. Powiedzieli, że fajnie, że siostra jest taka otwarta. Zrozumiałam, że nie muszę im mówić, by się nawracali, tylko przyjmować ich takimi, jacy są – dla nich jest to bardzo ważne – podkreśla s. Agata.

Po co to robicie?

Obmywanie stóp praktykowały też świeckie wolontariuszki Emilia Krzyżanowska i Asia Kruk, animatorki z Ruchu Światło–Życie. – Przyjechałam tu od razu po oazie. Pierwszego dnia dostałyśmy identyfikatory z naszym imieniem i nazwiskiem i koszulki. Dla dziewcząt – różowe, dla chłopców – brązowe. Nosiliśmy je, idąc ewangelizować. Często pytali nas, czemu to robimy, a gdy zachęcaliśmy ich, aby dali sobie obmyć stopy, początkowo myśleli, że to żart. Tłumaczyliśmy, że im służymy i jesteśmy dla nich, a potem rozmowy często kończyły się modlitwą – mówi Emilia. Wspomina też, że czasem rozpoczynały się od głupich zaczepek. – Bez problemu przekierowywałyśmy te sytuacje na głębsze i poważne rozmowy – przyznaje. – Łatwo było zauważyć, że dla tych osób ważne jest, by ich wysłuchać. Potrzebują się wygadać i przekonać, że my tego nie negujemy. Dla nich ważna jest akceptacja – zaznacza Asia i wspomina: – Spotkałam wielu różnych ludzi. Miałyśmy z Emilką taką sytuację. Kiedy byłyśmy przy bramie, jeszcze zanim zaczęła się ewangelizacja, podszedł do nas Andrzej. Miał wiele zastrzeżeń do Kościoła. Opowiadał, że był w sanktuarium, na pielgrzymce, że modli się codziennie, bo to dla niego jest bardzo ważne. Zaproponowałyśmy, byśmy się razem pomodlili. Chętnie się zgodził. Nie spodziewałam się, że tam spotkam osoby, które mają doświadczenie Boga i mogę się od nich wiele nauczyć.

W gronie radomskich wolontariuszy był też Mateusz Katanowski, alumn V roku Wyższego Seminarium Duchownego. – My, ewangelizatorzy, tworzyliśmy wspólnotę, gdzie każdy się wspierał. Czuliśmy się jak rodzina i z tym wychodziliśmy do ludzi. Widzieli to uczestnicy festiwalu i pytali, dlaczego tacy jesteśmy i dlaczego wyświadczamy im tyle dobra. To nam pomagało świadczyć o Chrystusie. Dawało też możliwość tego, żeby im powiedzieć, niektórym po raz pierwszy, kim jest Jezus i co może dla nich zrobić. Na pole wychodziłem w sutannie. Działało to na nich jak magnes. Często sami podchodzili i pytali o różne rzeczy. Nawet jeśli przychodzili z trochę negatywnym nastawieniem, to była duża szansa, żeby coś wyprostować, porozmawiać z nimi, żeby pokazać, że jest się przychylnym. A oni bardzo doceniali, że pokazywaliśmy im ludzkie oblicze Kościoła, że w rzeczywistości dostrzegali w tym oblicze Boga, który ich nie odrzuca, kocha ich i chce ich miłości – zaznacza alumn. Mateusz mówi, że najczęściej takie rozmowy odbywały się przy obmywaniu nóg: – Wtedy spotykaliśmy ludzi, którzy sami by do nas nie przyszli. Mieliśmy okazję wyświadczyć im jakieś dobro i porozmawiać z nimi.