• facebook
  • rss
  • Nie było odwrotu

    opracowała Marta Deka

    |

    Gość Radomski 23/2013

    dodane 06.06.2013 00:15

    W 28 dni pokonała 867 km. Zapewnia, że droga jest bogata w nowe doświadczenia i przeżycia.

    Agnieszka Falińska pierwszy raz poszła na pielgrzymkę do Częstochowy. Było to rok przed maturą. Wtedy zapewniała: „Panie Boże, jak zdam, wrócę za rok”. Rok później powiedziała: „Dzięki za maturę, proszę o studia”. – Bardzo mocno wierzę w siłę szczerej i pokornej modlitwy, choć niektórzy uważają, że handluję z Panem Bogiem – mówi. W ubiegłym roku obroniła dyplom. Znów postanowiła wyruszyć w drogę. Tym razem dalej, bo do Santiago de Compostela. – Wiedziałam, że trud pielgrzymowania będzie większy i może warto byłoby wykorzystać okazję, by o coś poprosić. Ostatecznie doszłam do wniosku, że dobrze, by Pan Bóg wiedział, może tak na przyszłość, że potrafię nie tylko prosić, ale również dziękować – uśmiecha się.

    Tajemniczy pan Pierre

    Agnieszka wyruszyła z rodzinnego Zakrzewa przez Warszawę i Paryż do hiszpańskiego Irun, by podziękować za to, co otrzymała. – Być może brzmi to górnolotnie, a u wprawionych podróżników wywoła uśmiech, ale dla mnie ta samotna wyprawa w nieznane sprawiła, że czułam się jak zdobywca świata – mówi. Na lotnisku w Warszawie okazało się, że samolot do Paryża jest opóźniony. Wokół biegali zdenerwowani ludzie. Ona była spokojna.

    – Ostatni miesiąc spędziłam ciągle gdzieś się spiesząc, nawet pakowałam się w ostatniej chwili, więc to był czas, by spokojnie zastanowić się nad sensem mojej wędrówki. Pierwszy raz w życiu powiedziałam, że nie jadę na wycieczkę, ale z dumą oświadczyłam, że wyruszam na pielgrzymkę. Bez biletu powrotnego, by czas mnie nie ograniczał, bez mapy w plecaku, by zdać się na to, co przyniesie nowy dzień, bez znajomości języka hiszpańskiego, by sprawdzić samą siebie, bez konkretnego planu, ale z intencją i marzeniami – wspomina. W oczekiwaniu na samolot zaczęła rozmawiać z pewnym Francuzem. Nie przedstawili się sobie, więc nazwała go panem Pierre. Dużo opowiadał jej o tradycji Camino de Santiago, czyli drogi do grobu św. Jakuba, i wciąż powtarzał, że to z pewnością będą piękne wakacje. W średniowieczu pielgrzymka miała charakter głównie religijny. Pielgrzymowano, by umocnić swoją wiarę, odbyć pokutę lub prosić o łaski. Wedle tradycji, trzeba było rozpocząć ją od progu własnego domu. I dziś takich śmiałków nie brakuje nawet w Polsce. Francuz powiedział jej – o czym nie wiedziała – że w średniowieczu Camino było nazywane Drogą Mleczną. Droga ta biegnie w odwrotnym kierunku niż ta na niebie. Miał to być symbol, iż po dojściu do grobu św. Jakuba i trudzie związanym z drogą umiera w nas dotychczasowy człowiek, a nasza odmieniona dusza wraca z powrotem do domu. Stąd też tradycja palenia ubrań, w których przemierzało się szlak. Zrzucenie starych szat miało symbolizować naszą wewnętrzną przemianę. – Dziś jest tak wiele powodów, dla których chce się wyruszyć na Camino, jak wielu ludzi na szlaku. Jedni maszerują, by utrzymać kondycję, inni z powodów czysto turystycznych, dla młodych ludzi to pomysł na niebanalne wakacje. Starsi – jak później powiedział mi pewien Hiszpan – szukają tu miejsca i czasu na medytację i zastanawiają się nad minionymi latami. Szlak Camino napawa Hiszpanów dumą. Jest on tak mocno zakorzeniony w tradycji hiszpańskiej, że niektórzy przemierzają go tylko po to, by móc go wpisać w swoje CV. Podobno w Hiszpanii ułatwia to znalezienie pracy – mówi Agnieszka.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół