• facebook
  • rss
  • 204 lata z Bogiem

    Krystyna Piotrowska

    |

    Gość Radomski 32/2014

    dodane 07.08.2014 00:00

    Jubilaci. Zbieg okoliczności sprawił, że ich mieszkania znajdują się w tym samym bloku, w tej samej klatce. Nie łączą ich żadne więzy rodzinne, nie licząc rodziny różańcowej. W roku ich urodzenia bp Adam Stefan Sapieha odbył Ingres do katedry wawelskiej, zatonął „Titanic”, a na Powązkach pochowano Bolesława Prusa.

    Helena Kidyba i Tomasz Bogusiewicz mają po 102 lata. Aktywnie włączają się w życie parafii na radomskich Plantach. Cieszą się miłością i szacunkiem najbliższych. Są samodzielni i na swój wiek nader energiczni. Życzliwie dzielą się receptą na długowieczność.

    Nóż w plecy

    Spotkanie z panią Heleną i panem Tomaszem poprzedziła Msza św. koncelebrowana, podczas której proboszcz ks. kan. Stanisław Sikorski życzył jubilatom: „Niech dobry Bóg błogosławi, obdarzając łaskami, przede wszystkim zdrowia, i życzliwymi ludźmi”. W budynku parafialnym, w gronie znajomych i rodziny, przy herbacie i ciastkach, rozpoczęła się rozmowa z jubilatami o życiu, zdominowana wspomnieniami, z których na pierwszym miejscu były te z czasów wojen, gdy śmierć wielokrotnie zaglądała im w oczy. – Urodziłem się pod zaborem rosyjskim w Mołodutynie koło Chełma Lubelskiego. Mieszkał u nas w domu oficer rosyjski z ordynansem. Pamiętam, jak przynosił mi czekoladki, a ich smak był niezapomniany. Kiedyś przyszedł do nas ten ordynans i powiedział mamie, żeby się ze mną gdzieś schowała, bo idą Niemcy i ten oficer będzie musiał uciekać, ale będzie chciał mnie zabrać – nawet siłą. Miałem wtedy ponad 2 lata. I rzeczywiście, jak odchodził, to mnie szukał, podobno nawet chciał spalić wieś, ale nie zdążył – mówi pan Tomasz i dodaje, że mama wielokrotnie przypominała tę historię. Gdy miał 7 lat, wybuchła wojna polsko-bolszewicka. Ojciec trafił do obozu, a brat – do służby czynnej. Został z mamą i siostrą na gospodarstwie. Ojciec wrócił w Wigilię 1921 roku. Przyprowadził ze sobą dwa konie, z którymi zabrali go do obozu. Był tak zmęczony i zarośnięty, że w pierwszej chwili dzieci go nie poznały. Tylko pies wiedziony jakimś instynktem wybiegł daleko na spotkanie swojego pana. Potem to już radość była wielka. – Przyszedł czas, że i mnie zabrali do wojska – 13. Pułk Artylerii w Równem. To było wojsko doborowe. Kiedy Piłsudski umarł, to z pułku wybrali nas dwunastu. I ja byłem między nimi. Byłem na pogrzebie Piłsudskiego w Krakowie. Pamiętam, sama procesja to miała tak z sześć kilometrów – wspomina. Ożenił się po wojsku. Wesele było w Mołodutynie. Zaczęli razem gospodarzyć. Za jakiś czas przyszło wezwanie na ćwiczenia. Zbliżała się wojna. Gdy wybuchła, pan Tomasz został powołany do Włodzimierza, do 27. Pułku Artylerii. Był podoficerem zwiadowcą. – Wzięli nas w Bory Tucholskie. Przyjechaliśmy do Koluszek. Całą noc szykowaliśmy się do boju. Niemcy zaczęli nas atakować, to była walka niesamowita. Gdybyśmy mieli myśliwskie samoloty, toby nas nie dali tak masakrować, jak oni nas masakrowali bombowcami. Przyleciały trzy eskadry, była jedna krew – coś okropnego! Jak wychodziłem z tego boju, trzymałem się słów: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Niemcy nie puścili nas do Warszawy w 1939 r. Szliśmy do Rosji. Z wojskiem doszedłem do Włodzimierza za Bug. Pułkownik wyszedł i powiedział: „Dostaliśmy bagnetem w plecy, daję wam rozkaz: każdy niech się broni, wycofywać się, kto chce”. Zostawiłem w domu żonę i dziecko, nie chciałem iść dalej, tylko wracać. Wojsko ruskie nas zajęło i rozbroiło. Nawet szabli nie wydali. Sam się nie rozbroiłem. Pilnowali też, żebyśmy nie uciekli. Był wczesny ranek i gęsta mgła, jakimś cudem jednak uciekłem. Szczęśliwie wróciłem do domu – nie bez emocji opowiada jubilat.

    Ludzie z transportu

    Pani Helena urodziła się w Skibicach w województwie lubelskim. – Ja nie mam tyle do powiedzenia, co pan Tomasz – mówi z uśmiechem. – Oj, moje wspomnienia z dzieciństwa to nie bardzo wesołe są. Pamięta I wojnę światową i takie zdarzenie, kiedy gdzieś w sadzie żołnierze, może ruscy, a może niemieccy, chcieli zabić dziadka szablą. Bardzo się wtedy bała. Wujenka zaczęła z nimi rozmawiać i dziadkowi darowali życie. Przed drugą wojną wyszła za mąż za Stanisława. W 1939 roku mąż trafił do niewoli. Gdy już wrócił do domu, to zaraz, w ramach pacyfikacji Zamojszczyzny, zostali wysiedleni z gospodarstwa. Razem z 9-letnim synem trafili za druty do Zamościa. Był to obóz przejściowy. Po miesiącu Niemcy segregowali ludzi i rozsyłali w różne miejsca. Męża wywieźli na przymusowe roboty do Niemiec. Ona z synem, zapakowana do bydlęcego wagonu, trafiła do miejscowości Mordy. Tamtejsi mieszkańcy przyjmowali pod swój dach ludzi z transportu. Z synem zamieszkali u kobiety, która piekła chleb. To był trudny czas, a syn dużo chorował. Po kilku miesiącach wrócili w swoje strony. Ich dom nadal zajmowali Ukraińcy. Zatrzymali się u rodziny. Mąż wrócił z Niemiec pod koniec wojny. Na świat przyszedł kolejny syn, kilka lat później córka. – Jak zabrali od nas Ukraińców, każdy przeszedł na swoje gospodarstwo. A jaki strach był! Ukraińcy napadali, kryliśmy się po schronach, po różnych miejscach. Niemcy strzelali. Czasem trzeba było całą noc przeleżeć na podłodze, bo tak kule latały. Nasze gospodarstwo było rozgrabione, powypuszczane zwierzęta. Spaliliśmy się dwa razy. Nie było nic wesołego. Ale się przeżyło tyle lat, nawet się nie spodziewałam... – zamyśla się pani Helena.

    Kto z Bogiem, to Bóg z nim

    Pan Tomasz i pani Helena sprowadzili się do Radomia, bo tu – los tak sprawił – zamieszkały ich dzieci. – Chodziłem do szkoły za sanacji. Żeby nie wiem, jak się kto uczył, do piątej klasy przesadzali dopiero, gdy się miało 14 lat. Taka była nauka. Ja szkołę musiałem przerwać, bo ojciec chorował. I tak sobie powiedziałem: „Jak mnie Pan Bóg co da w życiu, to będę się uczył, żebym miał tylko raz dziennie jeść, to będę się starał, żeby dzieciom dać wykształcenie”. Bogu dzięki, obydwu dałem taką naukę, jaką chcieli. Synowie byli dyrektorami, mają swoje rodziny – dzieci, wnuki – cieszy się pan Tomasz. Na obiady chodzi do syna, bo mieszka blisko. Po drodze wita się z każdym, kogo spotka, jest pełen optymizmu i radości. – To bardzo dobry człowiek – zapewnia synowa Krystyna. Stanisław Błaszczyk prowadzi kółko różańcowe, do którego należy pan Tomasz. Mówi, że jest on zakochany w Różańcu. – W naszej wiosce nie było mężczyzny ani młodzieńca, żeby nie należał do Żywego Różańca – tłumaczy jubilat. Różaniec odmawia ponad 75 lat. – Najważniejsze to dziękować Bogu, że dał tyle zdrowia i łaski, i życia. Widziałem ja cud, kiedy uszedłem z życiem. Jak kogoś Bóg pokocha, to nie opuści – dodaje. Za najpiękniejszy dzień w życiu uważa ten, w którym się ożenił ze swoją Petronelą, jak mówi, przyjaciółką na zawsze. – A życie przeszło tak, że miło było dla mnie i dla niej. Ale Pan Bóg chciał, że musiała odejść wcześniej. Byliśmy razem przez 55 lat – opowiada. Jego recepta na długie życie to... żeby wszystkich kochać. Do lekarzy nie chodził, ale kilka lat temu miał zawał. Codziennie rano przychodzi do kościoła. Jest zawsze elegancki i wyprostowany jak struna. Siada w tej samej ławce, co proboszcz, i odmawiają brewiarz. Tę modlitwę z wiernymi wprowadził w parafii pierwszy proboszcz, już nieżyjący ks. Maciej Pachnik. – Bez wiary nie ma życia – podsumowuje jubilat. I rzeczywiście, tak żyje, jak mówi.

    Babcia to świętość

    – Jeździłam do teściowej, kiedy była jeszcze na gospodarstwie. Nie wierzyłam, że ktoś może tyle pracować. Namówiliśmy mamę, żeby przyszła do Radomia. Mama jest dumna ze swoich dzieci, a zwłaszcza z wnuków. Oni bardzo się z nią liczą. Mogę śmiało powiedzieć, że ją ubóstwiają i jest dla nich świętością, a to chyba nie zdarza się zbyt często. To wnuk wyprawia babci okrągłe rocznice urodzin. Tę ostatnią, 102., też – mówi Krystyna Kidyba, synowa, żona Romana. Wnuk Andrzej jest prawnikiem, profesorem zwyczajnym. Jest zapraszany do Pałacu Prezydenckiego. Na jedno ze spotkań poszedł ze swoją babcią. – Mój mąż jest prawnikiem, synowie i synowe też – dodaje pani Krystyna. Pani Helena cały czas potakująco kiwa głową. Potwierdza, że spotyka ją tyle życzliwości od dzieci, wnuków i prawnuków. – Nie wiem, jak mam się cieszyć tym moim życiem – mówi z wypiekami na twarzy. – Wiara bardzo mnie trzyma. Chodzę często do kościoła, a jeśli nie mogę, to oglądam Mszę św. w telewizji. Modlę się do św. Antoniego, bo to patron rzeczy zgubionych, do Matki Bożej i do Pana Jezusa z otwartym Sercem. Ta modlitwa pomaga mi wszystko przetrzymać – i teraz, i kiedyś. Należę też do kółka różańcowego. Zapytana o wskazówki, jak należy żyć, odpowiada bez większego namysłu: – Tak, żeby było dobrze. Dużo radości trzeba mieć, radzić sobie w życiu, żeby niczego nie zabrakło. Nie martwić się, zawsze być wesołym. Uśmiech pomaga człowiekowi. Trzeba żyć po Bożemu. Kto z Bogiem, to Bóg z nim. Marzeniem pani Heleny jest żyć długo, szczęśliwie, w zgodzie z Bogiem i ludźmi. I żeby była szczęśliwa śmierć.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół