• facebook
  • rss
  • Wikary w Rudkach u Fredry

    dodane 26.01.2017 00:00

    Od września ubiegłego roku ks. Michał Machnio pracuje na Ukrainie. – Są w życiu pewne sytuacje, których człowiek nie rozumie. Czułem jakiś pociąg do tego, co było kiedyś nasze, a dzisiaj jest już po drugiej stronie granicy, co tak naprawdę nie jest odkryte przez Europę, ponieważ Europa ucieka na zachód – mówi.

    Ksiądz Michał pochodzi z Jedlni-Letniska. Święcenia kapłańskie przyjął w 2013 r. Teraz pracuje w sanktuarium Matki Bożej Rudeckiej w Rudkach między Samborem a Lwowem. Od Radomia to ok. 350 km. W krypcie kościoła pochowany jest komediopisarz hrabia Aleksander Fredro. – Coś wewnętrznie mnie przekonywało, żeby pojechać na Wschód. Później dowiedziałem się, że mój tata miał powiedzieć przed śmiercią, że nasze korzenie są ze Wschodu, o czym nie wiedziałem. Jakoś człowieka ciągnie na te dawne polskie ziemie, na Kresy. Ten zaśpiew lwowski w mowie to jest coś wspaniałego, coś specyficznego, a co więcej – zachowało się tu wiele zwyczajów z kultury polskiej. Mieszkańcy tych ziem cały czas je kultywują, dbają, żeby nie zaginęły – mówi ks. Machnio.

    Skradziony obraz

    – Poprosiłem bp. Henryka Tomasika o pozwolenie na pracę poza diecezją. Wybrałem Ukrainę, archidiecezję lwowską, ponieważ tam nie ma księży z diecezji radomskiej. Zgodził się.

    O tym, gdzie będę pracował, dowiedziałem się od mojego obecnego proboszcza ks. Jerzego Wasyłenki. Odezwał się do mnie na Facebooku. Napisał: „Pozdrawiamy nowego wikariusza z Rudek fredrowskich”. Pomyślałem: „Oho, już wiadomo, gdzie pracuję” – wspomina ks. Michał. Parafia pw. Wniebowzięcia NMP w Rudkach swoimi początkami sięga 1612 r. We wsi Żeleźnica po najeździe Tatarów został doszczętnie spalony kościół. Przejeżdżający wówczas tamtędy Jerzy z Goraju Curyłło spostrzegł w zgliszczach kościoła nietknięty od pożaru obraz. Zabrał go i wiózł w stronę Przemyśla. W pewnym momencie konie się zatrzymały i nie chciały dalej jechać. Jerzy uznał, że Matka Boża wybrała sobie to miejsce, i zaniósł obraz do kościoła w Rudkach. Wówczas rozpoczęły się cuda i łaski za przyczyną Matki Bożej Rudeckiej, a do tego miejsca pielgrzymi przybywali z całego świata. Król Jan Kazimierz ofiarował lampę wieczną do kościoła, a król Jan III Sobieski – kapę wyszywaną złotem i srebrem. – Mamy dwie malutkie książeczki z 1890 i 1910 r., opisujące największe cuda za przyczyną Matki Bożej w kościele rudeckim. Jednym z nich jest przywrócenie do życia martwego dziecka. Jego matka przyniosła je przed obraz i tak żarliwie modliła się, że wróciło mu życie – opowiada ks. Machnio.

    Drewniany kościół spłonął. Na jego miejscu zbudowano murowany. Cudowny obraz został umieszczony w głównym ołtarzu. W 1921 r. Józef Sebastian Pelczar, wówczas arcybiskup przemyski, ukoronował obraz MB Rudeckiej koronami papieskimi. Wtedy świątyni został nadany tytuł sanktuarium z przywilejem trzech dużych odpustów papieskich: w lipcu – na MB Jagodnej, w sierpniu – na Wniebowzięcie NMP i we wrześniu – na MB Bolesnej. Te odpusty są kultywowane do dziś. Po II wojnie światowej NKWD zamknęło kościół. Zrobiono z niego magazyn żywności. Na archiwalnych zdjęciach widać we wnętrzu świątyni skrzynki z alkoholem, porozrzucane worki. W kryptach poszukujący złota wyrzucili z trumien zmarłych, w tym również Aleksandra Fredrę, a z wiek trumien zrobili pojemniki na żywność. – Nie zezwolono na wywiezienie obrazu i wotów ze świątyni. Ówczesny proboszcz ks. Michał Wojtaś postanowił potajemnie przemycić je do Przemyśla, ponieważ przed wojną kościół rudecki był ostatnią parafią archidiecezji przemyskiej. Spakowane w jedną noc dobra przewoził w pociągu. Na granicy odkrył je strażnik. Przekupiony, oderwał od obrazu i zabrał dwie złote korony, a na znak pogardy wysypał srebrne wota na tory. Wikariusz je pozbierał. Dotarły do seminarium w Przemyślu. Obraz trafił do seminaryjnej kaplicy i cieszył się ogromnym kultem wśród kleryków. Przypisuje się Matce Bożej Rudeckiej liczny wzrost powołań. W latach 40. i 50. było tak wielu kleryków, że seminarium przemyskie nie było ich w stanie pomieścić. Wówczas obraz otrzymał tytuł Matki Kapłanów – opowiada ks. Machnio. Na początku lat 60. XX w. abp Ignacy Tokarczuk postanowił przenieść obraz w Bieszczady, do miejscowości Jasień, ponieważ tam sowieckie władze po wywiezieniu obrazu deportowały Polaków z Rudek. W 1992 r. obraz skradziono. – W Jasieniu odbywały się uroczystości. Po skończonych obchodach zdarzyła się tragedia. Gdy wszyscy opuścili kościół, obraz został skradziony. Do dziś nie wiemy, gdzie się znajduje. Są podejrzenia, że była to kradzież na zlecenie, ponieważ w okolicach przystanku autobusowego odnaleziono jedną z koron. I tu ślad się urywa. W 1995 r. w Warszawie została namalowana wierna kopia obrazu Matki Bożej Rudeckiej i przywieziona do Rudek. Matce Bożej nie przeszkadza, że obraz jest kopią, ponieważ współcześnie mamy już trzy cuda za Jej przyczyną. Od strony historycznej zaginął obraz wartościowy, ale od strony duchowej nic się nie zmieniło. Dla tych ludzi cały czas jest to ta sama Matka Boża Rudecka. Kult trwa – mówi ks. Machnio.

    Ksiądz z centralnej Polski

    W 1989 r. kościół w Rudkach został oddany parafii. Był bardzo zniszczony, zarośnięty krzakami. Z jego murów odpadały cegły. Księża starają się przywrócić mu dawny blask. Dziś parafia rudecka liczy 600 osób. W większości to Polacy. – To są ludzie bardzo biedni, ale bardzo wierzący. Około 80 proc. uczestniczy w niedzielnej Mszy św. Czują się Polakami. Ostatnio chowałem panią Felicję – jak mówiła jej rodzina – praprawnuczkę A. Fredry. Miała 97 lat. Ani jednego słowa nie umiała po ukraińsku i nie umiała pisać w tym języku. Ci, którzy zapuścili korzenie, nigdy nie będą chcieli stamtąd wyjechać. Czują się Polakami, zachowują swoją tożsamość. Uczą swoje dzieci języka ojczystego, ale tam, gdzie są mieszane małżeństwa, bywa z tym różnie, dlatego przy parafii prowadzimy lekcje języka polskiego – mówi ks. Michał. Rudeccy parafianie z życzliwością przyjęli nowego wikarego. Od młodzieży podczas Mszy św. dostał drewniany kij, by z żelazną dyscypliną ją wychowywał. Ks. Michał prowadzi katechezę w języku polskim przy parafii. Część uczniów nie uczęszczała na nią systematycznie. Pożalił się proboszczowi. W najbliższą niedzielę pasterz mówił parafianom: „Dwa lata temu katecheza była w języku ukraińskim – było źle, przychodziliście ze skargami. W zeszłym roku ja prowadziłem i po polsku, i po ukraińsku – i też było niedobrze. A w tym roku macie księdza z Polski, z centralnej Polski – czysty Polak i też źle”. – Stałem na chórze z chórzystami. Przypomniała mi się scena z „Samych swoich”, gdy Witia kupuje kota na targu i dowiaduje się, że zwierzątko pochodzi z centralnej Polski, z miasta Łodzi. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, bo im opowiedziałem ten fragment filmu. Wiele radości mnie spotyka w tej parafii. Budzę się i nie wiem, co za radość przyniesie mi kolejny dzień – mówi. Ksiądz Michał uczy się języka ukraińskiego. Musi poznać cyrylicę, ale idzie mu coraz lepiej. – Czytam jak przedszkolaczek, ale już teraz w koncelebrze odprawiam Mszę św. Postępy są – mówi.

    Dary od diecezji radomskiej

    Na wschodniej Ukrainie trwa wojna. Zachodniej jej części, gdzie znajduje się parafia w Rudkach, wprawdzie bezpośrednio nie dotyczy, ale dotyka ją ekonomicznie. Jest bieda. Ludzie zarabiają niewiele. Większość – niecałe 400 zł. Przed świętami Bożego Narodzenia w diecezji radomskiej prowadzona była zbiórka żywności i odzieży na rzecz mieszkańców parafii w Rudkach. Zebrano 6 ton darów. Duszpasterze będą roznosić paczki parafianom podczas wizyty duszpasterskiej, którą rozpoczęli w połowie stycznia. Część dary już dostała. – Co miesiąc każdy z nas jeździ do chorych po całej parafii. Przed świętami przyjechał ks. proboszcz z Jaremkowa od jednej naszej babci i powiedział, że nie ma nic do jedzenia. To 85-letnia staruszka, bardzo mocno pochylona. Trudno jej chodzić. W gospodarce ma krowę i kury i oporządza to. Zawiozłem jej cały karton produktów. Gdy wszedłem z pudełkiem, od razu zaczęła dziękować, powiedziała, że się będzie modlić za tych, którzy ofiarowali jej tyle dobra – mówi ks. Machnio. Dziś do Rudek przyjeżdżają pielgrzymi nie tylko do sanktuarium, ale też, by zobaczyć kryptę, w której znajduje się grób A. Fredry. – Był właścicielem włości rudeckich. Jest w krypcie jedna nisza, w której są pochowani członkowie jego rodziny. Fredro był oficerem u Napoleona. Kiedy ten został zesłany na Elbę, Fredro wrócił do Rudek. Napisał wtedy: „Wyjechaliśmy razem, z odmiennych pobudek: Napoleon na Elbę, ja zasię do Rudek”. Ufundował tam kaplicę, ołtarz i w tej kaplicy są epitafia jego rodziny. Dziś przy parafii działa muzeum pamięci A. Fredry – mówi ks. Michał. Duszpasterz zaprasza do odwiedzenia jego parafii: – Furtka jest otwarta. Wystarczy zadzwonić na plebanię, a chętnie opowiemy o historii tego miejsca. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół