Nowy numer 47/2020 Archiwum

Mówili mu „Szefie”

Zawsze ciągnęło go do ludzi i ludzi ciągnęło do niego.

Wśród tysięcy spotkań i dyskusji były też i te związane z powstaniem dwóch filmów: „Miasto z wyrokiem”, o radomskim proteście z 1976 r., oraz „I cicho spocznie w grobie” – o ks. Romanie Kotlarzu, ofierze komunistycznych represji tamtego czasu. Mazury Te ks. Zdzisław ukochał szczególnie. Jeszcze u początku pracy duszpasterza akademickiego udało mu się kupić dwie łodzie typu „Omega” i nimi żeglował po mazurskich jeziorach ze swoimi podopiecznymi. – Ks. Domagałę poznałem jeszcze w 1978 r. Był wtedy duszpasterzem akademickim. Trafiłem wówczas na wykład tzw. „uniwersytetu latającego”, który miał miejsce w jego mieszkaniu – wspomina Sławomir Ruta, sam także zamiłowany żeglarz. Wielokrotnie brał potem udział w mazurskich wyprawach. – Tam stałym punktem dnia była Msza św., wspólne posiłki przygotowywane przez dyżurującą wachtę, a potem rejs: codziennie z inną załogą – dodaje. Mówi też coś, o czym opowiada wiele osób związanych z ks. Domagałą: – Ks. Zdzisław miał niezwykły dar. Ludzie otwierali się przed nim. Gdy ktoś miał jakiś problem, szedł do „Szefa”, a on wysłuchał, doradził. No właśnie, „Szef”. Tak mówili do niego ci, którzy związali się z nim i z tym, co robił. – „Szef” – tak nazywałem go najczęściej i tak zwracałem się do niego. Był moim szefem, choć nie pracowałem dla niego nawet jednego dnia. Szef to przecież inaczej przywódca. Przywódca lub może lepiej brzmi: przewodnik – wyjaśnia Krzysztof Gajewski.

Szukał ludzi

Ksiądz Domagała zmarł nagle, choć śmierć mocno schorowanego księdza nie powinna była zaskoczyć. Ale zaskoczyła, bo do ostatniego dnia szukał ludzi. – Ostatnie godziny życia spędził ks. Zdzisław w gronie naszych trzech małżeństw na ul. Masztowej. Było to wieczorne, poświąteczne spotkanie, na które on przyjechał około 22, po dyżurze, który miał w Telefonie Zaufania. Ks. Domagała wielokrotnie mówił, że lubi przebywać wśród rodzin i uczyć się naszych doświadczeń. Rozstaliśmy się po 1 w nocy. Pożegnał nas serdecznie, a my wróciliśmy do domu. Tamtego nocnego telefonu, że Szef nie żyje, nie da się zapomnieć. W żalu i płaczu dotarło do nas, że zostaliśmy osieroceni – opowiada Bogdan Wróbel. Na uroczystości pogrzebowej kościół farny ściśle wypełnili wierni. Towarzyszyło im liczne grono kapłanów. Ks. Zdzisław Domagała zmarł 30 grudnia niespełna dziesięć lat temu, w 2003 r. „Uśmiecham się często, wspominając liczne chwile z Szefem. Przyglądam się sobie nieogolonemu, w kaloszach, w kraciastej koszuli, z wędziskiem w ręku i nasłuchuję, czy gdzieś z krzaków nie wyjdzie ks. Domagała i nie powie: »Wyciągaj różaniec. Idziemy na ryby!«” – pisze jeden z jego wychowanków, ks. Artur Woźniak. Cytowane wspomnienia pochodzą z książki: „Człowiek, kapłan, przewodnik. Ks. Zdzisław Domagała”, red. ks. Leszek Domagała, Radom 2013.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama