Nowy numer 42/2020 Archiwum

Jeździłem dla księdza, nie dla pieniędzy

Dziesiątki godzin spędzili za kółkiem ze sługą Bożym ks. Franciszkiem Blachnickim. W 30. rocznicę śmierci księdza tamten czas wspominają kierowcy – radomianie Maciej Bąk i Krzysztof Prawda.

krystyna.piotrowska@gosc.pl Krzysztof pochodzi z radomskiej parafii św. Teresy na Borkach. Pracujący tam ks. Kazimierz Mąkosa zapraszał młodych ludzi do włączenia się w ruch oazowy. Krzysztof skorzystał z takiej propozycji i był na trzech stopniach oazy. W 1976 roku Krzysztof Prawda miał już prawo jazdy i Maciej Bąk, kolega ze szkolnej ławki w Technikum Samochodowym w Radomiu, ale też uczestnik obozów oazowych, zapytał go, czy nie chciałby trochę zarobić w czasie wakacji. Miała to być praca u ks. Blachnickiego w Krościenku. Pojechali tam obaj jeszcze przed wakacjami, przedstawili się. Ksiądz przyjął ich bardzo ciepło.

Radio Wolna Europa

– To był wysoki, szczupły mężczyzna. W Krościenku była centrala oaz, która mieściła się w starej, pięknej willi na tzw. Ko- piej Górce. Mieszkali tam też współpracownicy księdza związani z oazami. Dzień ks. Blachnicki rozpoczynał od Mszy św., którą odprawiał dla współpracowników. Mówił homilie, których bardzo dobrze się słuchało, a kościół zawsze był pełen ludzi. Do ks. Blachnickiego, tak jak wszyscy, zwracaliśmy się „proszę ojca” – wspomina Krzysztof. Jeździli nowym volkswagenem. Wozili m.in. biskupów, księży, siostry zakonne. Rozwozili materiały formacyjne, przywozili z różnych miejsc egzemplarze Pisma Świętego, które później ojciec rozdzielał. Krzysztof wiózł kiedyś kard. Karola Woj- tyłę. Zabrał go z Krakowa o 6.00 i pojechali do Doliny Chochołowskiej, gdzie kardynał spotkał się z ks. Blachnickim. – Oni się tam nieraz spotykali. Wiem, że kardynał cenił ojca i jego inicjatywy. Słyszałem też, że podobno ojciec był pomysłodawcą Światowych Dni Młodzieży – mówi. Ksiądz Franciszek często jeździł do Lublina. Kiedyś poprosił, żeby jadąc tam, pojechać przez Radom, bo usłyszał, jak Wolna Europa podawała informację o rozruchach w mieście. – Przejechaliśmy przez centrum, przewiozłem go obok budynku komitetu partii. Śmierdziało jeszcze gazem. Na ulicy stały milicyjne patrole. On tylko popatrzył, nic nie mówił, nawet się nie zatrzymywaliśmy – wspomina Krzysztof. Któregoś razu przy drodze stał stary góral, czekał na okazję. Zabrali go. Był zdenerwowany i zaczął przeklinać. – Byłem zmieszany. Nie wiedziałem, czy mam zwrócić mu uwagę. Ksiądz zaczął z nim spokojnie rozmawiać. Później góral już się nie odzywał, tylko słuchał. A jak wychodził, to mówił: „Szczęść Boże”, „Z Bogiem”, „Niech wam Pan Bóg błogosławi”. Taki wpływ na ludzi miał ksiądz – uśmiecha się Krzysztof Prawda. Na imieniny dostał od ojca Pismo Święte z dedykacją. – Byłem wzruszony – mówi. – Pojechałem do sklepu i kupiłem krówki, żeby wszystkich poczęstować. Wakacje się skończyły. Ojciec zaproponował Krzysztofowi, żeby po skończeniu szkoły wrócił tu do pracy. – Gdy odchodziłem, ksiądz chciał mi zapłacić. Nie chciałem wypłaty, wziąłem tylko pieniądze na bilet do domu. Jeździłem dla księdza, nie dla pieniędzy – podkreśla. Do pracy do Krościenka nie wrócił. Za to Maciej jeździł z ks. Franciszkiem do grudnia 1981 roku, a dla diakonii na Kopiej Górce pracował jeszcze do 1986 roku.

Biblia dla milicjanta

To był rok 1969, a może 1970. – Z naszej farnej parafii ks. Czesław Kołtunowicz wysłał nas na pierwszy stopień oazy do Dąbrówki koło Sulejowa. Później były kolejne stopnie w Bardzicach i Trybszu. Kiedyś ks. Józef Grygotowicz z Białegostoku, który miał kontakt z moim bratem, zapytał, czy nie chciałbym pracować w czasie wakacji dla ks. Franciszka. Zgodziłem się i w czasie jednych wakacji jeździłem dla ojca sam, później pomagał mi Krzysztof – wspomina. Wożenie materiałów formacyjnych dla oazy w tamtych czasach wymagało odwagi i sprytu. Trzeba było robić to na tyle ostrożnie, żeby unikać na drodze inspekcji, bo to, co przewozili, nie podobało się ówczesnej władzy i można było mieć spore kłopoty. Ale zdarzały się różne sytuacje. – Kiedyś w Krakowie, zmęczony, wjechałem w nocy na skrzyżowanie, gdy było już czerwone światło. Bus był załadowany pod sufit ilustrowaną Biblią dla dzieci. Milicjantów zainteresowało, co wieziemy. Jeden z funkcjonariuszy powiedział, że jego dziadek nie ma w domu Biblii. Towarzyszący funkcjonariusze również chcieli po jednym egzemplarzu. W sumie wzięli trzy. To był może 1978 rok – opowiada. Po zakończeniu służby wojskowej M. Bąk zaczął u ojca pracować na stałe. Zmienił też miejsce zamieszkania. Przeprowadził się z żoną, dzień po ślubie 24 maja 1981 roku, do Nowego Targu. Ich małżeński związek w radomskiej farze pobłogosławił ks. Blachnicki. W samochodzie ksiądz najczęściej siadał z tyłu. Zapalał lampkę i czytał. Chętnie słuchał oazowych piosenek, nagrywanych na magnetofonowe kasety. Bywało, że je śpiewał. Ojciec chronił swoich pracowników i nie zawiadamiał ich o pismach, które do niego przychodziły, a były szykanami i paszkwilami. W Brzegach pod Bukowiną Tatrzańską odbywała się oaza. Tam rzekomo doszło do incydentu, który nie miał miejsca. Z pisma, które ojciec dostał, wynikało, że Maciej potrącił kobietę i odjechał z miejsca zdarzenia. – Jechaliśmy z Kopiej Górki i ojciec zapytał, czemu przejechałem kobietę. Byłem zatrwożony, bo nic takiego się nie wydarzyło. Wtedy powiedział, że obaj mamy stawić się w prokuraturze, ale tego pisma nigdy mi nie pokazał. Oczywiście nigdzie nie poszliśmy, żadnej sprawy nie było – opowiada.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama