Nowy numer 25/2018 Archiwum

Siostra Megi

Małgorzata Strzelecka z zawodu jest pielęgniarką. W 2003 roku wyjechała na misje do Zambii. Dziś czuje się cząstką tamtego społeczeństwa.

Niektórzy myślą, że to, co robię, jest głupie. Niektórzy mówią, że to jest coś wspaniałego. Ja mówię, że to jest po prostu moje życie. Tego Pan Bóg chce ode mnie, a ja staram się temu sprostać. Pytają mnie: „Kiedy wracasz do normalnego życia?”. Właśnie normalne życie zaczęło się dla mnie, odkąd usłyszałam głos Pana i mnie powołał – mówi Małgorzata Strzelecka.

Niezwykła wizja

Urodziła się w Radomiu i tu ukończyła Liceum Medyczne. Po maturze wyjechała do Wielkiej Brytanii, gdzie przez kilka lat mieszkała i pracowała. Z racji swojego zawodu zajmowała się ciężko chorym chłopcem przykutym do łóżka. Kiedyś, gdy chłopiec spał, poczuła, że musi się pomodlić. Modliła się słowami swojej patronki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Był to akt poświęcenia się Sercu Pana Jezusa. – W czasie modlitwy przyszła wizja. Trudno o tym mówić, choć wiele osób o to pyta. To było jak obraz, ale nie tyle go widziałam, ile odczuwałam. „Zobaczyłam” choroby, głód i biedę. Nie wiem, jak długo to trwało, ale gdy doszłam do siebie, złapałam za telefon i powiedziałam mamie, że muszę wyjechać na misje – wspomina. Choć nigdy wcześniej nie rozmawiały na ten temat, odpowiedź mamy była szybka i zaskakująca: „Ja zawsze wiedziałam, że to mi kiedyś powiesz”. – Praca pielęgniarki jest taka szlachetna, bo pielęgniarka opiekuje się chorymi, ale mnie zawsze jeszcze czegoś brakowało. Pytałam: „Boże, czy to wszystko, co ja mam w życiu zrobić? Tylko praca, dom, znajomi? I to była odpowiedź na moje pytanie. Może i były znaki wcześniej, ale w „wielkim świecie” nie widzi się, co jest tak naprawdę ważne. I nawet, gdy się wydaje, że robimy coś dobrego, to idzie za nami taki głód, że to nie jest wszystko, czego chcielibyśmy w życiu. Mnie udało się odczytać swoje powołanie – mówi.

Chciałam uciekać

Od momentu wizji w życiu pani Małgorzaty wszystko wywróciło się do góry nogami. Dotychczasowe materialne wartości przestały mieć znaczenie. Skontaktowała się z Diecezjalnym Dyrektorem Papieskich Dzieł Misyjnych ks. kan. Bernardem Kasprzyckim. Nie myślała o określonym kraju, w którym chciałaby pracować, ale priorytetem było, by mówiono w nim po angielsku. Na początku wyjechała jako wolontariuszka z Fundacji Pomoc Humanitarna „Redemptoris Missio” do Zambii. Siostry ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza prowadzące Szpital Misyjny św. Łukasza w Mphansi prosiły o pilne przysłanie pielęgniarki do ich placówki. Tam pojechała. Po kilku miesiącach pracy z chorymi w Zambii pani Małgorzata wiedziała już, że to jest to, co chce robić w życiu. Zgłosiła się do Centrum Formacji Misyjnej. Po rozmowach z pracującymi tam księżmi otrzymała decyzję, że jest gotowa do pracy misyjnej. Na tę nową drogę w życiu posłał ją bp Stefan Siczek. – Wcześniej dużo o Zambii czytałam i rozmawiałam, ale realia okazały się inne. Wysiadłam z samolotu. Uderzyła mnie ściana gorącego powietrza, duchoty, a dookoła zobaczyłam tylko ciemnoskórych ludzi. I wtedy po raz pierwszy ogarnął mnie strach – wspomina. Zanim mogła pojechać do szpitala, który miał był celem jej podróży, musiała zgodnie z przepisami ubiegać się o pozwolenie na pracę. Trwało to miesiąc. W tym czasie, w miejscowości Chilanga, kilka kilometrów od Lusaki, pomagała w hospicjum. Prowadziły je, tak jak i szpital, do którego zmierzała, siostry boromeuszki. Hospicjum wypełnione było umierającymi, młodymi ludźmi. – Miałam wtedy 29 lat, a oni byli w moim wieku i młodsi. Niemal wszyscy zarażeni wirusem HIV. To było zderzenie z rzeczywistością. Czułam ból, że odchodzą, i zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje. Przez pierwsze dni byłam gotowa złapać walizkę i uciekać. Mówię szczerze i nie wstydzę się tego, bo to był szok – wyjaśnia. Warunki, w których przebywali chorzy, były dobre. Ładne, czyste pokoje, piękny ogród. Było laboratorium i sala opatrunkowa. Pacjenci wyglądali na bardzo szczęśliwych. Po miesiącu pani Małgosia już nie chciała uciekać.

Z jaszczurką na ty

Z pozwoleniem na pracę wyjechała do Mphansi. Przez szyby samochodu widziała tylko drogę, a przy niej wysoką trawę. Gdy dojechała, było już ciemno. Jej domek z betonową podłogą i biegającymi jaszczurkami nie był tym, który sobie wyobraziła, ba, nawet zdawał się trochę przerażający. Ale zmęczona po podróży zawiązała się w moskitierę i zasnęła w symbiozie z biegającymi nieproszonymi gośćmi. Rano wyjrzała przez okno, pomodliła się – i już wiedziała, że jest w miejscu, które Bóg wybrał specjalnie dla niej. – W Phanshya można się zakochać od pierwszego wejrzenia – opowiada. – To wioska, której nie można znaleźć na mapie; nadal nie ma tam elektryczności. Otoczona jest niewielkimi górami. Oprócz szpitala i hospicjum jest tam rządowa szkoła podstawowa, kościół i dom sióstr boromeuszek. Mieszkańcy to mili i życzliwi ludzie. Pierwsze chwile i pierwsze spędzone tu miesiące były najpiękniejsze. Na nowo uczyłam się, jak być człowiekiem – teraz to było prawdziwe życie. Z wioski do stolicy jest 200 kilometrów i po wszystkie zakupy trzeba jechać tak daleko. W szpitalu pracują dwie siostry z Polski: Sabina i Józefa. To one i angielska wolontariuszka zajęły się po przyjeździe panią Małgosią. Ta zaś, zamiast do pracy w szpitalu, trafiła znowu do hospicjum. Nawał nowych obowiązków, z którymi sama musiała się borykać, był jak skok na głęboką wodę. Buntowała się, gdy sama musiała decydować o podaniu silnych leków, bo gdy zaczynała pracę, nie było tu żadnego lekarza. Przeżywała, gdy umierali kolejni pacjenci i nie można im było pomóc. Starała się być silna, żeby chorym nie pokazywać tego, co czuje. – Bo to nie jest tak: jedna sala, jedno łóżko. Na sali mamy pięć łóżek z ludźmi, którzy mogą mieć podobne objawy, ale jeden zaczyna leczenie i z tego wychodzi, a drugi nie – wyjaśnia. Hospicjum, w którym pracuje misjonarka, jest trochę inne niż u nas. Pani Małgosia nazywa je „Return to live”. Dlaczego? Bo są w nim w większości chorzy na AIDS, a jak wiadomo, leki przeciwwirusowe nie leczą z wirusa, ale opóźniają cały proces chorobowy o wiele lat – jeżeli leki bierze się systematycznie i prawidłowo się odżywia. – W 2003 roku nie mieliśmy jeszcze takich leków. Po 2004 roku chorzy zaczęli mieć nadzieję. Wcześniej bali się hospicjum, ale jak zobaczyli, że ich koledzy wychodzą stąd do domu, to teraz sami proszą o przyjęcie do nas. To jest takie piękne, że hospicjum, które oni widzieli jako koniec życia, zmieniło się w powrót do życia, do rodziny, do bliskich – opowiada.

Tu chcę żyć

Pani Małgosia ma piękne oczy, niebieskie jak niebo nad Afryką. Kiedy mówi o swojej pracy i swoich podopiecznych, jej oczy nie potrafią ukryć wzruszenia. To widać na przykład, gdy wspomina małego Vincenta, który miał typowy dla tropikalnego kraju nowotwór. Koniecznie chciał iść do domu na święta. Wiedział, że umiera i chciał pożegnać się z rodzicami. Albo gdy mówi o kobietach, które długo w ciężkim stanie leżały w hospicjum, a potem przychodziły, dziękowały, chciały, żeby powiedziała, jak dobrze wyglądają. W hospicjum wszyscy pacjenci są objęci pomocą duchową. Z parafialnego kościoła pw. św. Józefa, oddalonego o pięć minut drogi, systematycznie przychodzą dwaj księża. W szpitalnej kaplicy odprawiają Mszę św., udzielają sakramentów. – Często ludzie chcą się po prostu z nami modlić – mówi misjonarka. – Codziennie odmawiamy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. I to jest piękne, że wszyscy, czy to świadek Jehowy, czy katolik – była też kiedyś muzułmanka – siadamy pod drzewem i modlimy się. Dla mnie bycie misjonarką to nie tylko wykonywanie obowiązków pielęgniarki. To coś więcej. To czas, który spędzam z moimi podopiecznymi, wspólne rozmowy, modlitwa, a nawet cisza. Jeśli nasi chorzy nie są katolikami, to staramy się, jeśli sobie tego życzą, żeby przyszedł do nich ktoś z ich wyznania. Małgorzata Strzelecka sama wyznacza sobie zakres obowiązków. W hospicjum pełni rolę przełożonej. Od kilku lat funkcjonuje przy szpitalu szkoła pielęgniarska i w niej prowadzi zajęcia z opieki paliatywnej. W szkole uczą też lekarze i inne pielęgniarki. Pani Małgosia ma też własny program dla dzieci chorych i niepełnosprawnych. Takich dzieci jest około stu. Odwiedza je w domach, gdy trzeba – zabiera do lekarza, na badania. Stara się, żeby nie czuły się samotne i odrzucone. Po dziewięciu latach pracy mówi, że czuje się cząstką tej wioski. Gdy idzie na spacer, dzieci wybiegają i wołają: „Sister Megi! Sister Megi!”. Dorośli witają się, wiedzą, jak ma na imię. Zapytana o marzenia, mówi, że chce mieć dużo siły i zdrowia, żeby być z tymi ludźmi do końca życia, czy to będzie Phanshya, czy inna mała wioska w Afryce. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma