Nowy numer 48/2020 Archiwum

Niedokończone Msze

Męczennik z Wołynia. Mija 70. rocznica mordów na Polakach. Wśród ofiar jest o. Kasjan Józef Czechowicz, zakonnik pochodzący z Białaczowa koło Opoczna.

Duchowni wśród ofiar

Wołyńskie ludobójstwo z lat 1942–1944, poszerzone potem o Małopolskę Wschodnią to około 150 tys. Polaków zamordowanych bestialsko przez UPA i podjudzone rzesze prostych ukraińskich chłopów w ramach akcji, której przyświecało zawołanie „Śmierć Lachom”. Wśród nich było około 200 duchownych. Niektórych z nich, jedynie kilku, w trakcie wykładu przywołał ks. Marecki. Miała to być skromna egzemplifikacja ofiary, jaką złożył także o. Kasjan. – Ks. Aleksandrowicz. Niemłody już. Miał 74 lata. Duszpasterzował w Zabłoćcu. Duchowny grekokatolicki prosił go, by uciekał. Odmówił. Mówił, że musi pozostać z parafianami. Został spalony w czasie sprawowania Eucharystii. Msza św. dobiegała modlitwy „Ojcze nasz”. Kościół potem spalono. Zniszczono wszelkie ślady. Wycięto nawet drzewa – mówił historyk. Potem opowiadał o ks. Bolesławie Szawłowskim. Miał 43 lata. Duszpasterzował w Borycku. Wcześniej był kanclerzem kurii. – Został zraniony w czasie Mszy św. Umierał, błogosławiąc oprawców i przebaczając. Konając, namaszczał sam siebie poświęconym olejem. Ukraińscy oprawcy świadomie wybrali na moment ataku niedzielę. Ofiary były w kościołach na Mszach św. Tutaj ich dopadano, poddawano wymyślnym torturom i zabijano. Te Msze pozostały niedokończone i do dziś jakoś domagają się naszej modlitwy – mówił ks. Marecki. W białaczowskim kościele zaległa cisza. Obrazy ofiar, ogrom cierpień budził wyobraźnię. A przecież prelegent unikał drastyczności opisów. Mówił tylko, że mordowano i zadawano ofiarom cierpienia na ponad 130 sposobów. Nie przybliżał szczegółów, choć tych nie dało się całkiem uniknąć. – Jedna z najbardziej tragicznych postaci to pochodzący ze Śląska o. Leon Wrodarczyk. Duszpasterzował w małym drewnianym kościółku w Okopach. Na co dzień zajmował się medycyną. Nie było szpitali. Brakowało leków. Zakonnik zbierał zioła i z nich robił leki. Pewnego dnia zjawili się u niego Ukraińcy i prosili o udanie się do chorego. Wiedział, że to podstęp. Uciekł. Ukrył się na strychu. Zaczęli do niego strzelać. Stamtąd został zrzucony na śnieg. Był katowany. Gdy tracił przytomność, cucili go. Związanego wleczono niemal 7 km do sąsiedniej miejscowości, gdzie był sztab UPA. Tam dzień lub dwa poddawano go torturom. Jak umarł? Przypalano mu nogi w ogniu, obdzierano ze skóry. Gdy jeszcze dawał znaki życia, rozerwano mu klatkę piersiową i wyrwano serce. Zwłoki rzucono do pobliskiego rowu, a na głowę założono worek. Kilka miesięcy potem znaleziono jego ciało. Okazało się, że było w dwóch miejscach przecięte piłą – mówił ks. Marecki.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama