Nowy numer 3/2021 Archiwum

Modlił się długo

Początki ruchu oazowego w naszej diecezji sięgają czasów, gdy należeliśmy do diecezji sandomierskiej, a na mapie Polski miało powstać woj. radomskie.

Ksiądz Kazimierz Mąkosa był jeszcze w seminarium, gdy wyjechał w 1960 roku na tzw. wczasy maryjne, organizowane dla kleryków z całej Polski przez ks. Franciszka Blachnickiego w Wadowicach. Ich program był oparty na 15 tajemnicach różańcowych, ale to nie był jeszcze program oazowy. – Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z ks. Blachnickim – wspomina ks. Mąkosa. – Codziennie na tych wczasach były wyprawy w góry. Pod koniec wysyłał nas po dwóch, żeby rozmawiać z ludźmi i zapraszać ich na ognisko. Wchodzimy na jakieś podwórko – jako klerycy byliśmy w sutannach – a tam chłop rąbie drewno i mówi: „Co wy, klechy, tu chcecie?”. Ale za chwilę powiedział, żeby się nie bać, bo on jest księdzem. W jednym z domów była chora kobieta, długo z nią rozmawialiśmy. Następnego dnia składaliśmy relacje z naszych spotkań. Teraz na oazach też się chodzi do ludzi – mówi.

Kolejne spotkanie było 5 lat później, na oazie kapłańskiej w Krościenku. Pracował wtedy w borkowickiej parafii, a pojechał tam, zachęcony przez ks. Kazimierza Mazura. Gdy wracał, nie wierzył, że to, co ks. Franciszek proponuje, wejdzie kiedykolwiek w życie. Oazy wtedy odbywały się tylko w Krościenku. – Po kolejnych turnusach dla kapłanów pierwsze rekolekcje oazowe w diecezji zorganizowaliśmy w 1971 roku w Smardzewicach koło Tomaszowa Mazowieckiego dla dziewcząt oraz w Dąbrówce dla chłopców – mówi ks. Mąkosa. W Dąbrówce moderatorem był ks. Mazur, w Smardzewicach jeden turnus poprowadził ks. Mąkosa, drugi – ks. Czesław Kołtunowicz.

Moderatorkami na oazie dziewcząt były siostry zakonne. Początkowo w diecezji odbywał się I stopień oazy, II – w Barcicach koło Starego Sącza, a III – w Trybszu, Dursztynie i okolicach Zakopanego: w Zębie, Bańskiej Dolnej i Górnej. Dość szybko zaczęły powstawać nowe punkty rekolekcyjne w diecezji: w Jankowie, Kurozwękach, Koprzywnicy, Szewnej, Nowym Kazanowie, Wysokim Kole. W 1981 roku rozpoczęło się organizowanie oaz w Rzymie. Jako moderator ks. Mąkosa posługiwał wraz z ks. Mazurem, pełniącym funkcję moderatora diecezjalnego do 1978 roku (w tym roku niespodziewanie odszedł do Pana). Obowiązki moderatora w diecezji przekazał ks. Mąkosie bp Piotr Gołębiowski. Kapłan początkowo mieszkał w Szewnej, później – w Sandomierzu, a w 1986 roku dostał nominację na proboszcza parafii pw. św. Wojciecha w Górze Puławskiej. – Trudno było nowe obowiązki łączyć z obowiązkami moderatora. Przejął je ks. Roman Adamczyk, który rozpoczął budowę nowego domu rekolekcyjnego w Dąbrówce. Dom nosi imię ks. Kazimierza Mazura – mówi ks. Mąkosa.

Garnki po drodze

Przez ręce moderatora ks. Mąkosy przechodziło wiele spraw organizacyjnych. Trzeba było m.in. znaleźć lokale na rekolekcje. Te najczęściej użyczane były przez parafie, ale wcześniej należało je odpowiednio przygotować – przywieźć łóżka, materace. Gdy nie było materaców, uczestnicy wypychali sienniki słomą. Wszędzie potrzebne były garnki. – Gdy w Smardzewicach powstawał punkt, pojechałem do pobliskiego Tomaszowa Mazowieckiego. W sklepie AGD zamówiłem talerze i duże gary. Byłem bez koloratki i usłyszałem, jak obserwujące mnie kobiety mówią, że niepotrzebnie kupuję, bo na wesele można wypożyczyć – śmieje się ksiądz. – A gdy jechałem z Krościenka, wstępowałem do każdego sklepu z gospodarstwem domowym i kupowałem, co się dało. Mama mówiła: „Męczy cię to, ale ty to lubisz”. I tak było – potwierdza ks. Kazimierz. W 1974 roku kupił syrenkę, bo już trudno było sobie wyobrazić prowadzenie oaz bez samochodu. Do różnych punktów łatwiej było teraz dowozić nie tylko gary, ale i żywność, o którą wcale nie było łatwo. Ksiądz miał, jak mówi, „różne wejścia”. Były więc smalec wojskowy czy pasztet. W latach 80. XX w. ks. Blachnicki dostał żywność z Danii i Norwegii, a ta została przywieziona do Konarzewa koło Poznania. Nie bez problemów udało się przydział na naszą diecezję przetransportować do Radomia, a rozwożenie do poszczególnych punktów zajęło dobę. – Kierowca powiedział mi później, że po załadowaniu żywnością samochodu w Radomiu ja poszedłem spać, a on czuwał, bo gdyby się ludzie dowiedzieli, jaki ma ładunek, to by mu wszystko rozgrabili. Takie były czasy – wzdycha kapłan.

Były kłopoty

Zaopatrzenie nie było jedynym kłopotem dla organizatorów oazowych rekolekcji. – W Dąbrówce przychodzili milicjanci z pismem nakazującym rozwiązanie nielegalnego obozu. Moderator jechał z tym pismem do Sandomierza, do bp. Gołębiowskiego. Byliśmy wtedy diecezją sandomierską. Biskup od razu dawał pismo odwoławcze i mówił: „Nie spieszcie się go nadawać, tylko tak pod koniec oazy, żeby oni nie zdążyli odpowiedzieć. Ale gdyby ksiądz miał jeszcze jakieś kłopoty, przyjeżdżajcie, będziemy działać”. Nigdy oazy nie rozwiązaliśmy, a bp Piotr wielokrotnie wspierał nas również finansowo – wspomina moderator. Gdy ks. Kazimierz mieszkał w domu rekolekcyjnym w Szewnie koło Ostrowca, sprawując stamtąd pieczę nad oazami w diecezji, nachodził go pewien pan. Ksiądz go unikał, jak mógł. Na pytanie, kiedy mogą się spotkać, ks. Kazimierz odpowiedział, że dla niego czasu mieć nie będzie i żeby już nie przychodził. – Ale kiedyś ktoś mi samochód zarysował. Na komendzie, zamiast sprawcę ukarać, wypytywali mnie o różne rzeczy. Ostro powiedziałem, że nie po to tu przyszedłem. Dali mi spokój – wspomina.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama