Nowy numer 47/2020 Archiwum

Zapisy terroru

Nieznana jest dokładna liczba mieszkańców, którzy zginęli w czasie II wojny światowej. Wiadomo, że po wojnie liczba radomian zmniejszyła się o 40 tysięcy. Znane są też okoliczności śmierci wielu z nich.

We wrześniu 1942 r. z Radomia do Skarżyska-Kamiennej ruszyła pociągiem grupa żołnierzy Polski Podziemnej, aby zlikwidować konfidenta gestapo. W Rożkach, a więc już na pierwszej stacji, doszło do strzelaniny z Niemcami. Partyzanci zbiegli, ale na miejscu zginął ich dowódca Jerzy Ewaryst Żetycki „Andrzej”. Okupanci znaleźli przy nim pistolet vis. Wybite na broni numery nie pozostawiały wątpliwości – została wyprodukowana w radomskiej Fabryce Broni i przemycona do podziemnego oddziału. Tylko kwestią czasu było śledztwo, aresztowania i krwawa zemsta.

Bolesny jubileusz

Bardzo szybko rozpoczęły się aresztowania, brutalne śledztwo i egzekucje. By siać terror, ale także upokorzyć skazanych i ich najbliższych, Niemcy przeprowadzili publiczne egzekucje. Skazanych wieszano na oczach mieszkańców na stacji kolejowej Rożki, przy obecnej ul. Warszawskiej i przed Fabryką Broni. Tak o tym w grudniu 1945 r. przed sędzią śledczym Sądu Okręgowego w Radomiu opowiadała Eugenia Jastrzębska, wówczas 39-letnia robotnica Fabryki Broni: „Mąż mój, Stanisław Jastrzębski, pracował jako przodownik w Fabryce Broni w Radomiu. 25 września 1942 r. o 18.30 wezwano mego męża do biura fabryki. Gdy po paru minutach zeszłam z piętra, chcąc się przekonać, co się dzieje z mężem, zobaczyłam go w towarzystwie komisarza fabryki, Niemca Reicha. Czekałam, ale nie doczekałam się powrotu męża. Domyśliłam się, że mąż mój został aresztowany. 14 października, pracując w Fabryce Broni, słyszałam odgłosy uderzenia siekierą. Moi towarzysze pracy mówili mi, że pod Fabryką Broni Niemcy budują szubienicę. Ponieważ poprzedniego dnia zginął na szubienicy przy szosie kieleckiej brat mego męża, Władysław Jastrzębski, aresztowany tego samego dnia, co mój mąż, domyśliłam się, że przed fabryką zostaną straceni pozostali spośród aresztowanych, w tym także mój mąż. Nie miałam sił, by patrzeć na śmierć męża. Syn mój, Ryszard, wówczas lat 16, przyszedł po zgonie powieszonych i widział wiszącego ojca. Przy samym wieszaniu była obecna jego siostra Maria. Nie wiem, za co go powieszono, i nie wiem, gdzie jest jego grób”. W 1981 r. przed Fabryką Broni w miejscu, gdzie stała szubienica, ustawiono pomnik pamięci pomordowanych. Na dwóch pionowych słupach wisi krzyż. Tutaj organizowane są rocznicowe uroczystości, a co 5 lat przygotowywane są one wyjątkowo uroczyście. W tym roku przypada 75. rocznica tamtych egzekucji, w czasie których w trzech miejscach kaźni Niemcy zamordowali kilkadziesiąt osób.

Te miejsca są  tak blisko nas

Kaźnie doby niemieckiej okupacji w Radomiu znajdują się w centrum miasta. Jedną z nich było więzienie przy obecnej ul. Reja. Dziś znajduje się tutaj Kuria Biskupia, bo samo więzienie w XIX w. było klasztorem sióstr benedyktynek. Zabrane przez zaborców stało się więzieniem carskim. Więzieniem pozostało także po rozbiorach i w czasie okupacji oraz za czasów PRL. Tutaj po robotniczym proteście z czerwca 1976 dokonywano słynnych „ścieżek zdrowia”. Zachowały się potwierdzone informacje, że w więzieniu okrutny Niemiec Fuchs, osobiście i bez wyroku, zamordował ponad 100 więźniów. Miejscem potajemnych egzekucji i bezimiennych pochówków stał się las na podradomskim Firleju. To radomskie Palmiry, gdzie Niemcy zamordowali ok. 15 tys. osób. Kolejne miejsce kaźni znajdowało się przy dzisiejszej ul. Kościuszki 6. Przed wojną budynek należał do dyrekcji Fabryki Broni. Podczas niemieckiej okupacji kamienicę przeznaczono na siedzibę Urzędu Komendanta Policji Bezpieczeństwa w Radomiu, której częścią składową było gestapo.

Piwnice przemieniono na cele, a pomieszczenia na piętrze stały się pokojami przesłuchań. O tym, co się tutaj działo, w listopadzie 1947 r. przed Komisją Badania Zbrodni Niemieckich z siedzibą w Radomiu zeznawał wówczas 42-letni urzędnik Stanisław Gloger: „11 listopada 1942 r., około 5 rano, zostałem aresztowany przez radomskie gestapo. Wraz ze mną aresztowano moją żonę i brata Zygmunta. Wszystkich nas przyprowadzono na ul. Kościuszki, a po kilku godzinach odprowadzono do piwnic gestapo. O ile mogę się zorientować, piwnic tych, cel, było osiem czy dziewięć. Na badania wyprowadzano zwykle o 8 rano i prowadzono delikwenta skutego. W czasie badania byłem zawsze skuty. Mnie badał Albinek, zwany Ryżem, i tłumacz Manowski, który więcej bił niż Ryży. Mnie osobiście bito kilkakrotnie. W pokoju w czasie badania bito zwykle ręką, linią i batami”. S. Gloger opowiadał o sadystycznym traktowaniu więźniów, które kończyło się także śmiercią. „Pamiętam, że Majewski, który wraz ze mną siedział w jednej celi, 13 listopada był wzięty na badanie. Po kilku godzinach sprowadzono go tak zbitego, że nie mógł nawet wejść do celi i dwóch gestapowców wrzuciło go jak jakiś przedmiot. Majewski miał poro- zrywane w stawach ręce i, jak nam mówił, był bity żelaznymi liniami. Majewski był urzędnikiem centrali torfowej i miał 21 lat. Wzięty na badania następnego dnia o 6 rano więcej do celi nie wrócił. Porcje jego żywności oraz ubranie, które pozostawił, kazali nam zabrać”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama