Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nie było czasu jeść

Jubileusz 50-lecia kapłaństwa ks. Aleksander świętował w Anglii i w Polsce. Trzy lata później przyszedł czas na obchody 50-lecia pobytu w Anglii, które niemal zbiegły się z powrotem do ojczyzny.

Po pół wieku pracy duszpasterskiej na Wyspach, w wielu polskich i angielskich parafiach, ks. kan. Aleksander Makulski dołączył do grona mieszkańców Domu Księży Seniorów przy Wyższym Seminarium Duchownym w Radomiu. Mieszkanie urządzone minimalistycznie. Na biurku leżą zdjęcia, listy i kolorowe, okolicznościowe wydanie, w formie gazetki, opisujące historię Polskiego Duszpasterstwa i Wspólnoty Polskiej w Preston i Southport 1948–2018. Na okiennym parapecie stoi oprawiony w ramki portret jakiegoś księdza w stroju kanonika.

Szkoła życia

– Od dzieciństwa chciałem zostać księdzem. Pamiętam, jak w mojej parafii misjonarze wyjeżdżali po zakończeniu misji, a ja chciałem doskoczyć do ich samochodu i jechać tam, gdzie oni. Tak się złożyło, gdy już byłem księdzem, że stryj Marian z Londynu, który żyje do dziś, zaprosił mnie do siebie. To był rok 1966. Wtedy była komuna. O ten wyjazd starałem się dwa lata – wspomina ksiądz. Ksiądz Makulski pochodzi z parafii Jedlińsk. Urodził się 8 czerwca 1936 roku. – Ojciec mój bardzo często podkreślał, że urodził się w tym samym roku, co bp Piotr Gołębiowski, obecnie sługa Boży, i razem z nim chodził do jednej klasy w szkole podstawowej w Jedlińsku – wspomina ks. Aleksander. – Na zakończenie wojny nasze budynki zostały doszczętnie spalone. Okropna bieda była w rodzinie. Miałem dwa lata przerwy w nauce ze względu na trudną sytuację. Jedną zimę spędziliśmy w stodole, a dwie kolejne – w oborze z krowami. Często z wdzięcznością powracam do tamtych czasów. Dla mnie to była dobra szkoła życia. Nauczyła mnie, jak być czułym na potrzeby drugich i okazywać wdzięczność. W przedzieraniu się przez te trudności życiowe Pan Bóg był ze mną i pomagał mi. W przeciwnym razie nie dałbym rady dojść do kapłaństwa i do tego, co zrobiłem. Pan Bóg mnie używa jako swojego marnego narzędzia do takich czynów, które dla mnie były bardzo wzniosłe. Seminarium ks. Aleksander skończył u chrystusowców w Poznaniu, trochę za podpowiedzią bp. Gołębiowskiego. – Uznałem, że to miejsce będzie dla mnie najlepsze. Zawsze chciałem przynależeć do diecezji i biskup obiecał, że jako księdza przyjmie mnie do niej – opowiada. Ksiądz wskazuje na portret księdza ustawiony na parapecie. – Po Panu Bogu i rodzicach to ks. Franciszkowi Gronkowskiemu najwięcej zawdzięczam w swoim życiu kapłańskim. Był moim wsparciem duchowym i finansowym – mówi. – Był w Zwoleniu. Gdy jechałem pierwszy raz do Poznania, nie zdawałem sobie sprawy, ile ta podróż może kosztować. Miałem tyle pieniędzy, że może by mi wystarczyło na dojazd z Radomia do Warszawy. Tak się cudownie stało, że ks. Gronkowski był akurat w Radomiu. Zapytał, dokąd jadę. Sięgnął do kieszeni i dał mi tyle pieniędzy, że wystarczyło na całą podróż. Później kupił mi pierwszą sutannę i wielokrotnie wspierał. Z czasem wszystko zwróciłem i jak tylko mogę, odwiedzam miejsce jego wiecznego spoczynku na zwoleńskim cmentarzu – dodaje kapłan. Po ukończeniu seminarium w Poznaniu rok pracował w Jeleniej Górze, później w Dobrzanach koło Stargardu Szczecińskiego. I stamtąd wyruszył do Anglii.

Anglia wita

Trafił do Lincoln. Pracował tam Polak ks. Feliks Kamiński, który przeszedł obóz koncentracyjny w Dachau, gdzie traktowany był jak doświadczalny królik. – Cierpiał. Opatrywałem jego rany. Ciało odchodziło mu od kości. Byliśmy razem kilka miesięcy. Został zwolniony z funkcji proboszcza ze względu na stan zdrowia – wspomina ks. Aleksander. Gdy przejął już obowiązki proboszcza, okazało się, że nie ma kartotek. Zaczął odwiedzać angielskie puby, żeby tam szukać adresów ludzi z polskimi nazwiskami. Chodził też pytać do angielskich księży. Między innymi w ten sposób zaczynał poszerzać Polonię. W tym rejonie tworzyli ją głównie ludzie z terenów wschodnich, którzy zamienili szare mundury na zielone i bez przygotowania poszli na front. – Trafili na Syberię, a tam żyli w okropnych warunkach. Pokazywali mi zdjęcia, na których wyglądali jak szkielety. Później przybyli do Anglii. Rozpoczęli nowe życie, a było to „budowanie na popiele”. Nie mogli powrócić do ojczyzny, powoli się tu urządzali. Mieszkało tam kilkuset Polaków. Byłem z nimi 16 lat – opowiada. Mieli kaplicę w jednym z domów. Później przenieśli się do angielskiego kościoła katolickiego. Ksiądz razem z parafianami zbudował w Fenton stanicę harcerską. Kupili dużo ziemi, ustawili tam baraki, sadzili drzewa (rosnące tam sosny mają teraz około 48 lat). – Potrafiłem robić kosą, więc wycinałem trawę i chwasty. Przyjeżdżała tam młodzież, a człowiek się radował. To była nasza wizytówka i chluba dla Anglików i rodaków, którzy pochodzili z Kresów i przybywali tu na doroczny zjazd. Przez 30 lat byłem ich kapelanem – mówi. Gromadzili się tam 17 września, w rocznicę wywózki na Syberię. Na jedno spotkanie przybyła Wanda Piłsudska, córka Józefa Piłsudskiego. Kiedyś zebrało się tam nawet 14 tys. ludzi. Ksiądz wciąż wraca do początków swojej kapłańskiej posługi w Anglii. Wspomina czasy, gdy do jedzenia bywał zaledwie kawałek chleba, a on razem z wiernymi radował się, smucił, płakał, a także odczuwał głód. – Takie było zgranie. To wzbogacało człowieka. Moje motto życia kapłańskiego to: „Być z ludźmi i dla ludzi” – tłumaczy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama