Nowy numer 43/2020 Archiwum

Moja siostra ocalona z Holokaustu

Przez 25 lat ks. kan. Stanisław Kosowicz, proboszcz parafii pw. Matki Odkupiciela w Radomiu, nie mówił o tym, że jego rodzice otrzymali medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata.

Zmieniłem zdanie i postanowiłem o tym mówić, gdy rozpętała się ta swoista wojna, w której chce się nas, Polaków, obciążać winą za zagładę Żydów – tłumaczy ks. Kosowicz. W minionym ćwierćwieczu umarła uratowana z Holokaustu Małka – Marysia i zmarli również bohaterscy rodzice ks. Stanisława.

Przyszli do przyjaciół

Na początku II wojny światowej Chaja i Lejb Zylberbergowie mieszkali w Połańcu. 22 maja 1939 r. urodziła im się córka Małka. Przyjaźnili się z Polakami, a najbardziej z rodziną Kosowiczów, która mieszkała w centrum Połańca.

W 1941 r., podobnie jak w setkach innych miast, Niemcy utworzyli w Połańcu getto. Rodzina Zylberbergów została do niego przeniesiona. Od czasu do czasu jej członkom udawało się wychodzić poza obszar zamknięty do pracy. Na kilka dni przed likwidacją getta, a było to w październiku 1942 r., Zylberbergowie poprosili Jana i Józefę Kosowiczów o pomoc. Przeczuwali, że nadchodzi coś wyjątkowo niebezpiecznego. Ufali Kosowiczom, dlatego pozostawili u nich na kilka dni swoją 3-letnią córkę, a sami gdzieś się ukryli. Zamierzali po wszystkim wrócić po nią. Już nie wrócili. – Urodziłem się w 1949 r. i, co zrozumiałe, nie pamiętam ani czasu wojny, ani pierwszych lat po jej zakończeniu. Moja pamięć sięga czasu, gdy miałem 4 może 5 lat. Od zawsze wiedziałem, że nasza siostra Marysia jest Żydówką uratowaną przez rodziców przed zagładą. Potem dowiadywałem się więcej. Mama i tata nie zawahali się, by żydowskie dziecko otoczyć opieką. Chronili je i opiekowali się nim, a gdy przekonali się, że sytuacja gęstnieje i Niemcy mogą przyjść w każdej chwili, by szukać ukrywanej Żydówki, wywieźli ją do siostry mamy pod Lublin. Ryzykowali życiem swoim i swoich dzieci. Niemcy w istocie przyszli. Przeprowadzili przeszukanie, a tata był wleczony za motocyklem przez kilkaset metrów, ale niczego nie zdradził – opowiada ks. Kosowicz. Rodzina Kosowiczów miała pięcioro dzieci. Troje z nich żyło już w czasie, gdy przyszło im zaopiekować się żydowską dziewczynką. – To byli siostra Danusia oraz bracia Piotr i Ryszard. Ryszard już nie żyje, ale w Staszowie mieszka Piotr, starszy ode mnie o 16 lat. Oni z rodzicami ryzykowali życiem za ochronę żydowskiej dziewczynki – mówi ks. Stanisław.

Adopcja, chrzest i Kanada

Gdy zakończyła się wojna, Marysia, bo tak nazywano ocaloną córkę Zylberbergów, była pod opieką Kosowiczów. – Ówczesne władze chciały oddać dziewczynkę do domu dziecka. Moi rodzice na to się nie zgodzili. Co więcej, rozpoczęli starania o jej prawną ado- pcję. Procedura trwała kilka lat. W tym czasie Marysia rosła. Od zawsze miała świadomość, kim jest, i my, naturalne rodzeństwo, wiedzieliśmy, jaka jest sytuacja. Zawsze traktowaliśmy ją jak siostrę, choć rodzice pozostawiali jej prawo wyboru. Gdy była w III lub IV klasie szkoły podstawowej, poprosiła o chrzest. I to był problem. Proboszcz ks. Stanisław Zbroja początkowo się wahał, ale widząc jej przekonanie, udzielił sakramentu – mówi ks. Kosowicz. Potem Marysia uczyła się w szkole średniej w Staszowie. Mieszkała na stancji ze swoim rodzeństwem. Po maturze rozpoczęła studia medyczne. – Gdy była na III roku studiów, zgłosił się człowiek z Brukseli i poinformował Marysię, że w Kanadzie żyje jej stryjeczny dziadek. Zaprosił ją. Pojechała, ale wróciła, bo chciała tu pozostać. Jej kuzyni z Kanady uszanowali ten wybór. Pomagali potem, przysyłając paczki. Po ukończeniu studiów Marysia pracowała jako lekarz w Tarnowie. Założyła rodzinę. Była ordynatorem oddziału zakaźnego. Zmarła w 2013 r. – mówi ks. Kosowicz.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama