Nowy numer 44/2020 Archiwum

Jak on będzie święty, mogę odejść

– W moim życiu wszystko działo się nadzwyczajnie – mówi Zofia Sztachelska „Zośka”, dla której 2 października 1944 r. oznaczał zakończenie największego militarnego zrywu w okupowanej przez Niemców Europie – powstania warszawskiego.

Po 63 dniach powstańczej nierównej walki zganiano ludzi i przepędzano z Warszawy. Pani Zofia nosiła mundur i razem z powstańcami miała jechać do obozu. Wtedy ktoś dał jej starą kapotę, pod którą włożyła poduszkę, na głowie zawiązała chustę jak wieśniaczka. W przebraniu ciężarnej kobiety odnalazła rodziców i z nimi, innym transportem, trafiła na wieś, której nazwa już uleciała pani Zofii z pamięci. Wie, że było to gdzieś za Starachowicami.

Pistolet i odłamek

Za to wydarzenia z powstania są wciąż żywe i bolesne. Jeszcze przed wojną ukończyła trwające pół roku przeszkolenie sanitarne. – Kiedy wybuchło powstanie, ściągnęli mnie natychmiast i dostałam nominację na przewodniczącego w zakresie opieki nad rannymi. Trochę dalej był szpitalik i tam ich odwoziliśmy – wspomina. Razem z sanitariuszkami była tam, gdzie było wojsko. – Zabierali nas ze sobą. Z nimi obeszłyśmy cały Żoliborz – od Bielan aż do wiślanej skarpy – wspomina. Pani Zofia razem z rodzicami i bratem mieszkała na Żoliborzu przy ul. Krasińskiego. – W tym mieszkaniu mój brat w czasie powstania zachorował na szkarlatynę i zmarł. Rozchorowało się jeszcze 8 chłopców na naszym podwórzu. Pytałam później różnych lekarzy, dlaczego to się skupiło na chłopcach. Mówili, że to była taka specjalna szkarlatyna, której się nie dało leczyć, ale kobiety na to nie zapadały – opowiada. Pod blokiem, w którym mieszkała, były piwnice. Ludzie w czasie powstania przez dzień siedzieli w nich, a w nocy szli do mieszkań trochę się oporządzić. Siedział tam też, niemal nieruchomo, pewien mężczyzna, który wcześniej pracował u fryzjera na rogu, a mieszkał na Pradze. – Znalazłam się w takiej sytuacji, że został ranny nasz sąsiad – pan Bigos. Trzeba było zabrać go do szpitala, ale był bardzo ciężki, ważył ze 140 kg. Dziewczyny nie dawały rady, żeby go podnieść na noszach. Przypomniało mi się, że tam siedzi ten pan i mówię, żeby pomógł. Nie chciał, więc wyciągnęłam pistolet i powiedziałam, że mam prawo pod bronią go zaprowadzić, jeśli to jest konieczne. Wtedy on wyszedł i nie doszedł nawet do bramy, bo dostał odłamkiem w krtań – wspomina. Zrobiło się dużo hałasu, a przy okazji się znaleźli ludzie, którzy obu panów dostarczyli do szpitala. Pan Bigos wyzdrowiał. Pani Zofia, choć próbowała, nie odnalazła mężczyzny rannego w krtań. – Ale może jakoś mu się udało i przeżył – zastanawia się.

Nienaruszona kapusta

Jedna z łączniczek została ciężko ranna i zmarła. – Dostałam od komendy rozkaz przebrania się za wieśniaczkę i zaniesienia główki kapusty do komendy na Starym Mieście. Szłam koło Dworca Gdańskiego przez tory. Tam mnie zatrzymali i rewidowali – i tę kapustę, i mnie. I nic na szczęście nie znaleźli. Ja tę kapustę niosłam do Bora-Komorowskiego – wspomina. Później przez łączników dowiedziała się, że kapusta była nienaruszona. – Okazało się, że oni wyjęli głąb, wsadzili wiadomość, która miała być przekazana, i ten głąb wbili z powrotem tak głęboko, że był równo z liśćmi –opowiada. Do domu na Żoliborzu, żeby było bezpieczniej, wracała kanałami. – To był straszny powrót. Miejscami woda sięgała powyżej czubka głowy, bo takie były wyrwy – opowiada. Innym razem jej grupa dostała polecenie, żeby oczekiwać zrzutów. Po drugiej stronie Wisły, na Pradze, było duże pole. Ustawili ją tam z latarką, żeby w odpowiednim momencie dała świetlny sygnał. – W rezultacie dowiedziałam się, że mój narzeczony, a był z Poznania, został zrzucony z tymi zrzutami i wpadł do Wisły. Nie mogli go znaleźć i utonął. To było dla mnie straszne. Bardzo liczyłam na jego pomoc – mówi. Pani Zofia wspomina też swoją przyjaciółkę. – Ona pojechała na Wolę, bo potrzebowała coś załatwić. Złapali ją i ustawili, jak inne kobiety, w jednym z rzędów, i pierwszą rozstrzelali. Później widziałam na zdjęciach, jak Niemcy te kobiety ustawiali w szeregi i po kolei do nich strzelali – opowiada.

Z Kaukazu do Radomia

Pani Zofia urodziła się na Kaukazie, w Piatigorsku, 26 maja 1919 roku, niemal tuż po tym, jak Polska odzyskała niepodległość. Była maleńkim dzieckiem, gdy rodzice przyjechali z nią do Warszawy pierwszym możliwym pociągiem przygotowanym dla Polaków. Jechali bardzo długo w towarowych wagonach. Większość życia pani Zofii związana jest z Żoliborzem i parafialnym kościołem pw. św. Stanisława Kostki, w którym posługiwał i został pochowany ks. Jerzy Popiełuszko. Pani Zofia pamięta, jak ta świątynia była budowana. – Miałam 11 lat, a mury kościoła były jeszcze tak niskie, że sięgały mi do brody – mówi. Już jako osoba dorosła aktywnie włączyła się w życie parafii. Gdy była taka potrzeba, pomagała ludziom, wspierała ks. Popiełuszkę w jego działaniach, pracowała z nim. – Modlę się za wstawiennictwem ks. Jerzego o wsparcie, wytrwanie. Jak on będzie święty, to mogę odejść, przecież mam już 99 i pół roku – podkreśla. Pani Zofia od kilku lat mieszka w Radomiu, u bliskich. Jeszcze do niedawna spotykała się w szkołach z młodzieżą jako świadek ważnych dla ojczyzny historycznych wydarzeń.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama