Nowy numer 43/2020 Archiwum

Krzyż do krzyża zawsze pasuje

Wnoszą do wspólnoty seminaryjnej ogromne bogactwo nie tylko swoją pracą, ale też mądrością życiową i ogromną pogodą ducha.

radom@gosc.pl

W Wyższym Seminarium Duchownym w Radomiu zatrudnionych jest 25 osób świeckich. – Wśród nich mamy dwóch wyjątkowych pracowników, za którymi usiłujemy nadążyć: to panowie Tomasz i Mundek – tak go nazywamy, chociaż ma na imię Józef. Gdyby nie było pana Mundka, nasze seminarium byłoby bardzo smutne i szare, bo nie byłoby kwiatów. Pan Tomasz to człowiek pełen humoru, który z uśmiechem wita każdego na furcie. Jest wyjątkowy, ponieważ cały czas z różańcem w ręku omadla nasze seminarium i nasze sprawy. Obydwaj są bardzo szlachetni, głęboko wierzący, całym sercem oddani temu, co robią i temu miejscu – naszemu seminarium – mówi ks. Zenon Sala, dyrektor ekonomiczny WSD.

Góry można przenosić

Józef Kazimierczak w seminarium pracuje już 21 lat. Zatrudnił go tu ks. Wiesław Lenartowicz, ówczesny dyrektor ekonomiczny. – Usłyszałem w Radiu AVE, że ks. Lenartowicz szuka pracownika. Przyjechałem i zostałem przyjęty. Chciałem pracować gdzieś przy kościele i Pan Bóg mi tę pracę zesłał – mówi. Początkowo w seminarium mył posadzki. Później zajął się kwiatami – i tymi doniczkowymi, i tymi, które rosną wokół budynku. – Zawsze chciałem być ogrodnikiem. Uczyłem się w tym kierunku, ale moja choroba nie pozwalała mi kontynuować tej pracy – przyznaje.

Pan Józef od dziecka zmaga się z chorobą Heinego-Medina. Pochodzi z Jarocina. Tam skończył szkołę podstawową. – Człowiek, jak się przyzwyczai do choroby, to idzie razem z nią. Co innego jak jest po wypadku. Wtedy wali mu się cały świat. W szkole mi dokuczali. Nieraz się wyśmiewali, pokazywali palcem. Przywykłem do mojej choroby. Przyzwyczaiłem się z nią żyć, nieść ten krzyż. Takich ludzi jak ja teraz widać na ulicy. Wychodzą z matkami, a kiedyś siedzieli tylko w domu, bo mamy chciały ich ochronić – mówi pan Józef. W radomskim seminarium wszyscy mówią do niego: pan Mundek. Wiąże się to z pobytem pana Józefa w sanatorium w Śremie, do którego trafił jako 21-latek. Niepełnosprawni przebywali tam 10 miesięcy i byli przyuczani do zawodu. Pan Józef uczył się krawiectwa. Pewnego dnia, gdy przyszedł do jednej z sal, ktoś zapomniał jego imienia i zawołał do niego: Mundek. On zareagował, odwrócił się, i tak został Mundkiem.

Do Radomia pan Józef przyjechał za żoną Elżbietą. Poznał ją w sanatorium. Są ze sobą ponad 30 lat. Nie mają problemów z niepełnosprawnością. – Jak człowiek wierzy w miłość Pana Boga i miłość do drugiego człowieka, to góry może przenosić. Krzyż do krzyża zawsze pasuje. Moja żona ma inny, ja mam inny. Dzięki wierze możemy razem funkcjonować – mówi. Przed ślubem dużo się modlił, by rozeznać swoją drogę i przekonać się, czy da radę w życiu. – Bez zgody Pana Boga nic by nie wyszło. On wie, na jaką drogę nas kieruje. Każdy człowiek w takiej sytuacji jak moja na początku buntuje się, pyta, dlaczego go to spotkało, dopóki nie odkryje, że to jest wola Pana Boga – przyznaje.

Pan Józef do seminarium przychodzi jak do domu. Rozmawia z księżmi i klerykami. Gdy mają czas, zapraszają go na kawę i ciasto. Może też liczyć na ich pomoc. Czasem zaniosą konewki z wodą na seminaryjne piętra. Codziennie służy do Mszy św. księżom emerytom. – Oni mają Msze św. o 7.30 w swojej kaplicy. Gdy nie przyjdę, to pytają, czy coś się nie stało. I wtedy muszę się tłumaczyć – uśmiecha się. – W mojej parafii pw. św. Brata Alberta w Radomiu należę do grupy Ochotników Cierpienia. Spotykamy się raz w miesiącu na Mszy św. Modlimy się za siebie. W tej grupie są nie tylko osoby niepełnosprawne – dodaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama