Nowy numer 43/2020 Archiwum

Pozbawieni ludzkości

– Szłam wśród okrzyków „Chwała bohaterom!” i wstrzymywałam łzy – mówi Lucyna Adamkiewicz.

Pierwszy masowy transport 728 Polaków do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz dotarł z Tarnowa 14 czerwca 1940 r. W 80. rocznicę przywiezienia pierwszego transportu Polaków do największego niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau odbyły się tam uroczystości patriotyczne. W składzie delegacji, która składała wieńce i zapaliła znicze, była 93-letnia ppor. Lucyna Adamkiewicz, pseudonim Ewa, łączniczka w Zgrupowaniu „Chrobry I”. Od 15. roku życia – żołnierz Armii Krajowej.

Po klęsce powstania warszawskiego więźniarka dwóch obozów śmierci – Auschwitz i Gusen II. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od pewnego czasu mieszka w Radomiu.

Dwie więźniarki

– Zostałam zaproszona do udziału w tych uroczystościach. Nie wiedziałam, że będę jedną z zaledwie dwóch byłych więźniarek tam obecnych. Tą drugą była Barbara Wojnarowska-Gautier. Ona trafiła do obozu razem ze swoją mamą, jako 4-letnie dziecko. Byłam zaskoczona, kiedy zaczęła witać się ze mną niezmiernie serdecznie i mówiła, że wszystko o mnie wie. Ona przez 50 lat mieszkała w Genewie. Cały czas poszukiwała różnych informacji na temat i obozu, i losów ludzi, którzy go przeżyli. Rozmawiałyśmy ze sobą i wiem, że bardzo dużo zrobiła dla Polski – mówi L. Adamkiewicz. Okazało się też, że już po wojnie mieszkały blisko siebie w Warszawie na Saskiej Kępie. Młoda Basia pomagała mamie w prowadzeniu kawiarni, w której bywała pani Lucyna, ale wtedy nic nie wiedziały o swojej przeszłości. – W obozie, jako więźniarka, widziałam tylko jedno dziecko. Miałam wtedy 17 lat. Do 1942 roku Niemcy zabijali wszystkie dzieci albo zabierali i wywozili do Niemiec. Tego chłopca mama urodziła pod koją. W momencie, gdy zakończyło się mordowanie dzieci, przyprowadziła go do naszego bloku. Gdy go zobaczyłyśmy w pasiaku, to te 500 kobiet ryknęło płaczem – wspomina L. Adamkiewicz. Rocznicowe uroczystości rozpoczęły się Mszą św. sprawowaną za ofiary niemieckich obozów zagłady w kościele pw. Matki Bożej Niepokalanej w Harmężach koło Oświęcimia. Po Eucharystii rządowa delegacja, z byłymi więźniarkami B. Wojnarowską-Gautier i L. Adamkiewicz, złożyła kwiaty przed Ścianą Straceń w byłym KL Auschwitz. – Pierwsze wieńce złożyliśmy przed budynkiem Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Rotmistrza Witolda Pileckiego. To w tym miejscu byli zatrzymani pierwsi przywiezieni tu więźniowie, bo jeszcze w drutach okalających obóz nie było prądu. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości zostałam zaproszona na plac przy dworcu PKP na Marsz Pamięci. Było tam multum ludzi. Poproszono mnie o podzielenie się moimi przeżyciami. Później rozpoczęły się owacje, ale to były owacje dla ludzi, którzy walczyli. Wołano: „Chwała bohaterom”! Szłam wśród tych okrzyków i wstrzymywałam łzy – opowiada pani Lucyna.

Wspomnienia powracają

Kiedy pani Lucyna po wielu latach pierwszy raz przyjechała do obozu w Auschwitz, zobaczyła obóz bez kapo, bez karcerów i apeli, i doktora Josefa Menele, to miała wrażenie, że ogląda makietę. – W obozie nie byliśmy ludźmi. Pozbawiono nas ludzkości. Byliśmy numerami. Ja się od tego zdystansowałam i chciałam to z siebie wyrzucić, ale to niemożliwe. Po wojnie przez trzy lata co noc śnił mi się wilk, który rzuca mi się do gardła. Krzyczałam, a mój mąż mnie uspokajał – wspomina. Została uprzedzona przez jedną z więźniarek, że ma unikać kontaktu wzrokowego z doktorem Mengele, który chodził po barakach i szukał ofiar do swoich medycznych eksperymentów. Udało się, nie została zauważona. – Ale my wszystkie byłyśmy pokrzywdzone, bo do jedzenia wlewano nam płyny, które hamowały naszą płodność i u wielu kobiet ona nigdy nie powróciła. Kobiety miały problemy z zachodzeniem w ciążę. To był cios zadany naturze. Każda z nas była tym eksperymentalnym typem. Nie ma nawet możliwości, żeby o tych wszystkich okropnościach, które nas spotykały, opowiedzieć – podkreśla. – Miałyśmy tylko łyżkę z drutu i manierkę. Przyrzekłam sobie, że jak mi wróci człowieczeństwo, które nam w obozie odebrano, to muszę zachowywać się jak człowiek. Cokolwiek teraz jem, muszę mieć na stole serwetkę – dopowiada. Pani Lucyna jest zapraszana do szkół. Podczas spotkań z dziećmi stara się nauczyć je miłości do ojczyzny i opowiada im o dumnej przeszłości naszego kraju. – Wychodzę kiedyś z sali po spotkaniu z młodzieżą, a tu przed drzwiami stoi chłopaczek, taki z pierwszej klasy. Mówię, co ty, kruszynko, stoisz sam, bez kolegów, a on do mnie mówi, że chciał się dowiedzieć, czy pani w obozie była głodna. Wybuchnęłam płaczem – wspomina. – Zaprosiły mnie kiedyś kobiety na spotkanie i zapytały: „Co by pani zrobiła, gdyby zobaczyła pani swojego kata i mogła na nim się odegrać”. Odpowiedziałam, że nienawiść i zawiść to nie są wady mojego charakteru. Byłabym szczęśliwa, gdyby stanęli przed kamerami wszystkich telewizji i powiedzieli: „Przepraszamy za to, co zrobiliśmy”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama