Nowy numer 32/2020 Archiwum

Miłość i pandemia

– Nawet jeśli jest bardzo źle, ludzie rozumieją sytuację – mówi s. Barbara Kmieć.

Siostra prowadzi z ramienia Zgromadzenia Córek Maryi Niepokalanej Niepubliczny Zakład Opiekuńczo-Leczniczy dla Przewlekle Chorych w Radomiu przy ul. 25 Czerwca. Swoją posługę pełni tu nieprzerwanie od 2003 roku, a wcześniej pełniła ją również w latach 1993–1998. – Często zdarzało się, że trzeba było zamknąć zakład, aby chronić nasze podopieczne na przykład przed szalejącą grypą. Jednak teraz zdarzyło się po raz pierwszy, aby to zamknięcie trwało tak długo – mówi siostra.

Początki izolacji były trudne szczególnie dla personelu i dyrekcji. Trzeba było sprostać wymogom sanitarnym, co wiązało się między innymi z zakupem dużej ilości środków dezynfekujących. – Udało się nam opanować braki związane ze środkami ochrony indywidualnej, a poza tym one już na szczęście staniały. Wyrażamy wdzięczność wszystkim darczyńcom i ludziom dobrej woli, którzy nas wsparli. Było ich bardzo dużo, często całe parafie – podkreśla siostra. W placówce na dwóch piętrach przebywają kobiety, których stan zdrowia nie pozwala na samodzielne funkcjonowanie. Wymagają pielęgnacji, karmienia, a w wielu przypadkach musi to być karmienie dojelitowe. Panie, którym siły na to pozwalają, korzystają z rehabilitacji w wydzielonej sali. Z pozostałymi rehabilitantki pracują przy łóżkach. Po południu na korytarzach, obok personelu, można było zawsze spotkać osoby odwiedzające pacjentki. Siadają przy łóżkach, słuchają i opowiadają, potrzymają za rękę, zastąpią opiekunki w karmieniu. To namiastka kontaktu chorych z tym, co jest poza murami budynku, i dawka miłości. Niestety, od 9 marca z powodu pandemii osoby z zewnątrz już nie mogą wchodzić na teren placówki. Dyrekcja, dla dobra wszystkich, rygorystycznie przestrzega wymogów sanitarnych, bo szczególnie narażoną na zakażenie częścią społeczeństwa są seniorzy. – Myślę, że pacjentki, te, z którymi jest kontakt, rozumieją sytuację. Wystarczy im telefon od rodziny. Są takie, które nie słyszą, i im jest trudniej. Personel (opiekunki medyczne, fizjoterapeuci, psycholog) stara się zaspokoić potrzeby naszych pacjentek i choć minimalnie zrekompensować nieobecność najbliższych. Nawet jeśli jest bardzo źle, ludzie rozumieją sytuację. Zmarła pacjentka w czasie pandemii. Jej syn był gotów ubrać się w kombinezon ochronny i wejść, ale zadecydował razem z żoną, że lepiej jednak nie wchodzić, bo i tak nie pomoże, a może zaszkodzić. Jedno z nich było pracownikiem służby zdrowia – opowiada siostra. Do placówki przy ul. 25 Czerwca nadal przychodzą bliscy przebywających tu pacjentek. Przy drzwiach wejściowych pytają o ich stan zdrowia. Zostawiają listy, kartki – te muszą przejść trzydniową kwarantannę. Na parterze leżą osoby najbardziej chore, bez kontaktu. Parter jest niski. Można na chore popatrzeć przez szybę i to na razie musi wystarczyć. Nikt też nie potrafi powiedzieć, kiedy znowu przy łóżkach chorych usiądą ich bliscy i może bez słów, spojrzeniem, gestem zapewnią, jak byli i jak są ważni w ich życiu, bo im najbardziej potrzeba rodzinnego serca i zrozumienia. – Czekamy na ten moment, kiedy sanepid poda informację o braku zachorowań w Radomiu. To będzie znak, że możemy otworzyć drzwi placówki, i znowu będzie tak jak zawsze – mówi s. Kmieć.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama