Nowy Numer 38/2020 Archiwum

To mój tatuś

Wiktor Chodowicz kończyłby właśnie 100 lat. W czasie okupacji niemieckiej zapisał piękną kartę, a jego życiorys to materiał na filmową epopeję o polskich losach.

Instytut Pamięci Narodowej udostępnił kościołowi w podradomskich Kończycach wystawę pt. „Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Polskie Państwo Podziemne w regionie radomskim w latach 1939–1945”. Trafiła tu poniekąd za sprawą Dominika Zygarka, chłopca z parafii Kończyce, który w tym roku przeżywa I Komunię Świętą. Dominik oglądał tę wystawę w Radomiu, a do domu przyniósł folder. Oglądał go wnikliwie. Znalazł niewielką fotografię z podpisem „Wiktor Chodowicz”.

Gdy był w kościele, pokazał ją proboszczowi i zapytał: – Czy to rodzina księdza? – To mój tatuś – odpowiedział duchowny. Ksiądz Krzysztof Chodowicz skontaktował się z mamą Dominika, panią Elżbietą, a potem z autorami wystawy Arkadiuszem Kutkowskim i Sebastianem Piątkowskim, historykami z radomskiego IPN. Z Kresów pod Radom Wiktor Chodowicz urodził się na terenie obecnej Białorusi. – Tatuś był z rocznika św. Jana Pawła II. Wcześnie stracił rodziców i jako kilkunastolatek znalazł się w Wyśmierzycach koło radomskich Białobrzegów. Stamtąd, jeszcze przed wojną, trafił do Jedlińska do rodziny Ziębickich, którzy mieli kuźnię. Tutaj uczył się zawodu – mówi ks. Krzysztof. Po wybuchu wojny Wiktor związał się z ruchem oporu. A działanie łącznika i informatora niechcący ułatwili mu Niemcy. – W kuźni Ziębickich zjawił się niemiecki oficer, inżynier. Szukał fachowca i pilnie przyglądał się pracującym. Bardzo szybko wysoko ocenił zdolności młodego chłopaka. Ten dostał zadanie opieki kowalskiej nad końmi, także tymi, które ciągnęły lawety z armatami. Tatuś, bo to on był tym młodzieńcem, wyposażony w dokumenty, które pozwalały mu przemieszczać się także po godzinie policyjnej, odwiedzał gospodarstwa, wykonywał roboty kowalskie, a potajemnie przekazywał dokumenty, rozkazy i informacje – opowiada proboszcz z Kończyc. Wiktor Chodowicz należał do grupy żołnierzy AK, która przygotowywała zapalniki do granatów zaczepnych. Przekazywano je potajemnie do Warszawy. – Były one wykorzystywane w bieżących działaniach sabotażowych i dywersyjnych, a potem wsparły potencjał oddziałów walczących w powstaniu warszawskim. Tajna produkcja bazowała na kontaktach stołecznych konspiratorów z mieszkańcami Jedlińska, Pionek, Radomia i innych miejscowości. Liczono, zresztą słusznie, że wykrycie takiej działalności na prowincji będzie dla Niemców znacznie trudniejsze niż w Warszawie – wyjaśniają A. Kutkowski i S. Piątkowski. W Jedlińsku do takiej grupy, obok Wiktora Chodowicza, należały m.in.: Krystyna Mularska, Alfreda Kownacka i Władysława Stępień. – Ale była wsypa. Ktoś doniósł Niemcom i tatuś musiał uciekać. Już do końca okupacji ukrywał się na wsi. Mieszkał u chłopów. Raz tak się zdarzyło, że niemiecki szpicel, taki w czarnym skórzanym płaszczu, wszedł do chałupy, gdzie tatuś się ukrywał. Gdy Niemiec zapytał: „Gdzie gospodarz?”, tatuś odpowiedział: „Tam” i wskazał środek izby. Potem rzucił się do ucieczki. Niemiec za nim strzelał, ale nie trafił – opowiada ks. Krzysztof. Przymusowe roboty, most i dzwony Dwa razy Wiktor Chodowicz znalazł się w grupie aresztowanych mężczyzn, których miano wywieźć na roboty do Niemiec. – Pierwszym razem było to na obecnej ul. Piłsudskiego w centrum Radomia. Ktoś powiedział tacie, że wśród mężczyzn jest jego przyszły teść, a więc mój dziadek. Tatuś zaczął się przeciskać w jego stronę, a gdy był przy nim, wciągnął go siłą w bramę kamienicy. Uciekli stamtąd w pobliskie krzaki i tam przeczekali, by nocą wrócić do Jedlińska – opowiada ks. Krzysztof i dodaje z uśmiechem: – Mieszkańcy Jedlińska, mała społeczność, która się dobrze znała, nieufnie patrzyli na ludzi, którzy zjawiali się u nich z zewnątrz. A przecież tatuś był obcy. Ale od tej pory jego przyszły teść patrzył na niego z zaufaniem i szacunkiem. Wiktor, aresztowany po raz drugi, znalazł się w Szydłowcu. Zatrzymanych odgradzały od wolności zasieki z drutu kolczastego. Podjęto wtedy szaloną próbę przedarcia się przez zasieki. – Tatuś, silny kowal, położył na druty kufajkę i sprawnym skokiem rzucił się plecami na zasieki, a potem wylądował po stronie wolności. Udało się. Nie był jedynym, który odzyskał w ten sposób wolność – podkreśla proboszcz z Kończyc. Jeszcze zanim przyszła wsypa dotycząca produkcji zapalników, Wiktor czynnie uczestniczył w odbieraniu samolotowych zrzutów z Wielkiej Brytanii. – Żołnierze Armii Krajowej przyjmowali je nocami w Romanowie. Były tam między innymi elementy do owych zapalników – mówi ks. Chodowicz. Wiktor, tuż przed odejściem Niemców, uczestniczył w akcji ratowania mostu między Jedlińskiem a Wsolą. – By utrudnić marsz nadchodzącej armii sowieckiej, Niemcy wysadzali mosty. Ten koło Jedlińska zaminowali i wystawili straże. Wiedziało o tym podziemie. Nocą, po drugiej stronie miejscowości, by odwrócić uwagę, akowcy rozpalili wielkie ognisko. Gdy pilnujący mostu przyglądali się łunie, akowcy z moim tatą przecięli kable, uniemożliwiając wysadzenie mostu – opowiada kapłan. W końcowym okresie okupacji Niemcy pilnie potrzebowali materiału do produkcji armat. Rekwirowano wtedy kościelne dzwony. – Ksiądz Franciszek Góralski, proboszcz w Jedlińsku, dowiedział się od konspiratorów z Radomia, że Niemcy mają przyjechać, by zabrać dzwony. Zrozpaczony, postanowił działać. Szukając kogoś, kto mógłby pomóc, pomyślał o moim tacie. Wezwał jego i kilku zaufanych ludzi. Tatuś kierował zdejmowaniem dzwonów. Ludzi było jednak za mało, by bezpiecznie zdjąć dzwony. Tatuś polecił, by w dzwonnicy na dole ułożyć snopki zboża. Zrzucono najpierw mniejszy dzwon. Spadł, a słoma zamortyzowała upadek. Dzwon nie pękł. Wyniesiono go z dzwonnicy i zakopano za kościołem. Potem bezpiecznie zrzucono większy dzwon. Ale okazało się, że jest zbyt duży i nie mieści się w drzwiach. Tata podjął decyzję, by zakopać go w środku, pod dzwonnicą. Udało się. Niemcy nie zabrali dzwonów. Ale parafia aż do zakończenia wojny była oniemiała. Po wojnie, znów z pomocą taty, wykopano dzwony i zawieszono je na dzwonnicy. Gdy rozległ się ich dźwięk, zbiegli się mieszkańcy. Mamusia, Jadwiga, opowiada, że ludzie stali i płakali – opowiada ks. Chodowicz. Milczenie i karabin w studni Po wojnie Wiktor Chodowicz ożenił się. Z Jadwigą doczekali się ośmiorga dzieci. Trzech synów wybrało drogę kapłańską. To bliźniacy Szymon i Wincenty oraz Krzysztof. Szymon zmarł przedwcześnie, złamany nowotworem. Zbudował w Radomiu kościół pw. św. Piotra na os. Gołębiów II. Wdzięczni parafianie zadbali o to, by ulica przy świątyni otrzymała jego imię. Wincenty jest proboszczem i budowniczym kościoła w Odrowążku, niedaleko Skarżyska-Kamiennej. Krzysztof w Kończycach prowadzi prace remontowe w kościele i jego obejściu. Wszyscy od dziecka związali się z Ochotniczą Strażą Pożarną, bo strażakiem był ich tata. Wincenty prowadzi orkiestrę dętą, bo taka była i jest w Jedlińsku, a Krzysztof jest kapelanem strażaków. – Tatuś po wojnie przez wiele lat nic nam nie mówił o swojej historii. Był człowiekiem konspiracji. Wiedział, że czasy komunizmu nie były czasami wolności. Miał świadomość, że na takich jak on po prostu polowano. Żona czy dzieci nie mogli zbyt wiele wiedzieć, dla bezpieczeństwa. Sporo informacji miał najstarszy z naszej ósemki Stefan, bo dużo pamiętał i wiele się domyślał. Bywało tak co roku, że gdy zbliżał się 1 maja, przyjeżdżał samochód i tatusia zabierano na trzy dni. Bali się, żeby nie przyszedł i nie zepsuł pochodu. Z drugiej strony miał on taki autorytet, że gdy ktoś chciał dowieść swej działalności w podziemiu, szukał poparcia tatusia. Gdy on sprawę potwierdzał, nie szukano innych dowodów czy dokumentów – wyjaśnia ks. Krzysztof. Wiktor Chodowicz po wojnie nie oddał broni. Pierwszy raz, jeszcze podczas okupacji, znalazła ją pod jego poduszką gospodyni, pani Ziębicka. Ostatni raz to było już po wojnie. – Nasz dom nachodzili i przeszukiwali. Nigdy niczego nie znaleziono. Pewnego razu, po rewizji, tatuś wstawił do studni drabinę. Mamusia zapytała, co robi. Powiedział, że studnię trzeba od czasu do czasu przeczyścić. Dzisiaj rozumiem, że tatuś przed rewizją wrzucił tam broń, a potem wszedł do studni, by ją wyciągnąć i wyczyścić – mówi ks. Chodowicz. Ostatni wyrok Wiktor Chodowicz otrzymał przed wybuchem w Czarnobylu. – U tatusia zdiagnozowano nowotwór szpiku kostnego. I po tej diagnozie zaczął mówić. Sporo opowiadał Stefanowi, gdy siedzieli w kolejkach do lekarzy. Zaczął nawet spisywać wspomnienia. Ten zeszyt trafił do mnie – mówi kapłan. Wiktor Chodowicz zmarł w 1986 roku. Synowie byli wówczas alumnami. Nie doczekał ich święceń i prymicji. – Już jako chłopaka intrygowało mnie, że w dokumentach tatusia istnieje wpis, że urodził się na terenie Związku Radzieckiego. Nigdy nie pytałem go o szczegóły. Dziś wiem, że to dawne Kresy Rzeczypospolitej. Zamierzałem się tam wybrać, by szukać śladów. Pomysł na razie zatrzymała epidemia koronawirusa. Sowieci zasadniczo nie niszczyli grobów, niszczyli dokumenty. Ale jeśli dotrę do proboszcza, to mam nadzieję, że kapłan kapłanowi powie więcej. W pomyśle wyprawy wspiera mnie rodzina. Na razie 4 sierpnia organizujemy na plebanii w Kończycach 100. urodziny naszego tatusia. Będzie Msza św. w jego intencji, a potem rodzinne spotkanie. Zapewne zaplanujemy wspólną wyprawę do naszych korzeni. Przecież nazwisko Chodowicz brzmi kresowo, jak choćby Mickiewicz – zamyśla się ks. Krzysztof.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama