Nowy numer 49/2022 Archiwum

Wolontariusze na peryferiach

Wychodzili na pole, żeby ewangelizować. Zapraszali do siebie na Msze św. i Wieczory Chwały. Siedem osób z diecezji radomskiej wzięło udział w Przystanku Jezus.

Przystanek Jezus jest imprezą, która od 1999 roku towarzyszy Przystankowi Woodstock, obecnie festiwalowi Pol’and’Rock, organizowaną przez Katolickie Stowarzyszenie w Służbie Nowej Ewangelizacji „Wspólnota św. Tymoteusza z Gubina”. W poprzednich latach bywało tak, że na Przystanek Jezus przyjeżdżało niemal tysiąc ewangelizatorów, głównie świeckich. Były koncerty rockowe i organowe, spotkania i wykłady. W tym roku były to przede wszystkim spotkania o charakterze modlitewnym, a na tzw. polu – rozmowy „twarzą w twarz”. Przyjechało około 150 ewangelizatorów.

Czy jesteś prawdziwy?

Ksiądz Piotr Gruszka, wikariusz parafii Chrystusa Króla w Radomiu, na przystanku Jezus był po raz szósty. – Jestem klasycznym przykładem, jak można się „nawrócić” na Przystanek Jezus. Kiedy koledzy klerycy tam jeździli, ja byłem przeciwnikiem. Może nie wyrażałem tego wprost, ale byłem zdystansowany. Kiedy ks. Artur Godnarski ze Wspólnotą św. Tymoteusza przyjechał na rekolekcje do radomskiego seminarium, to był dla mnie przełomowy czas, również podjęcia życiowej decyzji. Już jako diakon prawie cały rok mieszkałem we wspólnocie w Gubinie. To była dla mnie wskazówka, co chcę robić jako ksiądz – wychodzić do ludzi. A na Przystanku Jezus bardziej się nie da. To są peryferie, o których mówi papież Franciszek. To są nawet peryferie peryferii – mówi. W tym roku ks. Gruszka zajmował się sprawami organizacyjnymi, ale wychodził też na pole. W poprzednich latach robił to częściej. – Z jednym z chłopaków mam kontakt od 2014 roku. Ma na imię Dawid. Był nawet u mnie ze swoją dziewczyną na Mszy św. prymicyjnej – opowiada. Sytuacje na polu często zaskakują. Gdy jeszcze nie był księdzem, wyszedł z Tomkiem, klerykiem z Bydgoszczy. – Spotkaliśmy dwie dziewczyny ubrane na czarno, takie metalówy. Miały gąbki do siedzenia. Zaprowadziły nas w miejsce, gdzie je rozdawali. Rozmawialiśmy. Jedna mówiła o trudnych relacjach, szczególnie z ojcem. Potem poszliśmy na bazę przystanku i długo siedzieliśmy. Otworzyłem Pismo Święte i zacząłem czytać 1 List do Koryntian, gdzie jest napisane o relacjach rodzinnych. Dziewczynie łzy zmywały makijaż. Zapytała: „Co ty czytasz?”. Powiedziałem, że słowo Boże. A ona na to: „Ale to jest o mnie”. Po naszej rozmowie one poszły do spowiedzi – wspomina ks. Gruszka. Kolejnego roku, gdy był już księdzem, zaczepił go młody człowiek. – Trzymał kratę browara i powiedział, że chce się wyspowiadać. Podstawił mi tę kratę, bym usiadł. „Niech ksiądz siada na tym browarze”. I tak odbyła się spowiedź – mówi. Pytany, co dają mu te wyjazdy, mówi, że motywują go do działania: – W parafiach są ludzie, ale w sercu rodzą się pytania: „A co z tymi, których nie ma? Co możemy robić, żeby jeszcze bardziej wyjść do innych?”. W mojej parafii organizujemy koncerty, rekolekcje ewangelizacyjne, spotkania – dodaje.

Kiedy wychodzą na pole w sutannach czy habitach, by ewangelizować, jednym z pierwszych pytań jest: „Czy jesteś prawdziwy?”. Kiedy odpowiadają, że tak, często dochodzi do poważnych i długich rozmów. – Nierzadko są to osoby poranione, także przez ludzi Kościoła, i zanim coś powiem, muszę swoje wysłuchać. To mi pokazuje, jak wielką rolę odgrywamy my, kapłani. Lubię słuchać tych ludzi, którzy byli w Kościele i z jakiegoś powodu odeszli, ale mają w sobie tęsknotę, bo chcą Chrystusa. Te rozmowy zaczynają się od tego, że ktoś mnie zaczepi, a kończą się modlitwą, bo mówi, że nie radzi sobie w życiu – mówi ks. Łukasz Madej, wikariusz radomskiej parafii św. Jadwigi Królowej, który na Przystanku Jezus był już po raz piąty. Ksiądz Łukasz patrzy z podziwem na świeckich ewangelizatorów, którzy na Przystanek Jezus przyjeżdżają z całej Polski. – Poświęcają czas, pieniądze, wygody, żeby głosić Ewangelię, dawać miłość, żeby służyć – mówi. Duszpasterz podkreśla też znaczenie rekolekcji, które ewangelizatorzy odbywają przed przyjazdem. – Sami najpierw się nawracamy. Doświadczamy tego, że Pan Bóg nas kocha. Chodzi o to, abyśmy nie głosili siebie, ale Chrystusa, żeby nie rodziło się przekonanie, że my jesteśmy mocni, a ci, do których idziemy, są słabi i muszą na nas czekać – przyznaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy