Nowy numer 49/2022 Archiwum

Wolontariusze na peryferiach

Wychodzili na pole, żeby ewangelizować. Zapraszali do siebie na Msze św. i Wieczory Chwały. Siedem osób z diecezji radomskiej wzięło udział w Przystanku Jezus.

Teraz ja umyję

W tym roku wolontariusze wyszli z inicjatywą, by myć uczestnikom festiwalu stopy. Mieli miski, wodę, wystawili napis, była ławeczka. – Kto chciał, przychodził. Prawie zawsze było tak, że na początku bronili się. A potem mówili, że nigdy czegoś takiego nie doświadczyli. Ten gest Chrystusa więcej znaczył niż rozmowy, a na pewno otwierał i sprowadzał dialog na poważne tematy. Oni byli często wzruszeni i mówili: „Teraz ja umyję księdzu stopy”. I zamienialiśmy się miejscami – wspomina ks. Madej. O umywaniu nóg mówi też s. Emilia Batóg ze Zgromadzenia Córek św. Franciszka Serafickiego, która pracuje w radomskiej parafii Chrystusa Króla. Zwraca przy tym uwagę na inne rzeczy. – Na Przystanku Jezus jestem po raz pierwszy, chociaż dwa lata temu byłam online, bo była taka forma. Samym habitem świadczymy o Bożej obecności. Nie musimy jakoś specjalnie wychodzić, nawoływać innych. To ludzie, widząc nas w habicie, podchodzą, zadają pytania – mówi siostra. – Jadąc tu, myślałam, że dużo osób będzie mnie atakować, bo tak się zdarza tam, gdzie się posługuje czy jedzie na urlop. Byłam na to przygotowana. Dla mnie dużym zaskoczeniem było, że nikt mi nie ubliżył. To mnie bardzo poruszyło. Byłam zdziwiona, że nie było żadnego wyzywania od „pingwina” – dodaje.

Siostra Emilia wcześniej spotkała się z całowaniem stóp podczas rekolekcji. – Natomiast z umywaniem nóg jeszcze nie. To było takie obmywanie ran drugiego człowieka, bo ci ludzie, jak wynikało z rozmowy, są daleko od Kościoła, są poranieni, ale też dużo mieli wdzięczności. Niektórzy nie chcieli, żeby im myć nogi, inni byli wdzięczni. A gdy po umyciu dodawałam taki bonus ucałowania stóp, byli bardzo poruszeni – wspomina. Wśród wolontariuszy była też s. Agata Gryszkiewicz z tego samego zgromadzenia, pracująca w radomskiej parafii św. Kazimierza. – Na Przystanku Jezus byłam pierwszy raz i posługiwałam jako muzyczna. Mieliśmy zespół, obstawialiśmy liturgie, spotkania, modlitwy, a w czasie wolnym wychodziłam na pole. Ewangelizowałam z chłopakiem z zespołu, który jest perkusistą. On brał bęben, zaczynał grać, a ja tańczyłam. Wtedy dołączali inni i zawiązywała się rozmowa. Jacyś chłopcy uczyli mnie jeździć na deskorolce. Potem pytali, czy jestem przebierańcem, czy prawdziwą siostrą. Odpowiedziałam, że jestem prawdziwa. Powiedzieli, że fajnie, że siostra jest taka otwarta. Zrozumiałam, że nie muszę im mówić, by się nawracali, tylko przyjmować ich takimi, jacy są – dla nich jest to bardzo ważne – podkreśla s. Agata.

Po co to robicie?

Obmywanie stóp praktykowały też świeckie wolontariuszki Emilia Krzyżanowska i Asia Kruk, animatorki z Ruchu Światło–Życie. – Przyjechałam tu od razu po oazie. Pierwszego dnia dostałyśmy identyfikatory z naszym imieniem i nazwiskiem i koszulki. Dla dziewcząt – różowe, dla chłopców – brązowe. Nosiliśmy je, idąc ewangelizować. Często pytali nas, czemu to robimy, a gdy zachęcaliśmy ich, aby dali sobie obmyć stopy, początkowo myśleli, że to żart. Tłumaczyliśmy, że im służymy i jesteśmy dla nich, a potem rozmowy często kończyły się modlitwą – mówi Emilia. Wspomina też, że czasem rozpoczynały się od głupich zaczepek. – Bez problemu przekierowywałyśmy te sytuacje na głębsze i poważne rozmowy – przyznaje. – Łatwo było zauważyć, że dla tych osób ważne jest, by ich wysłuchać. Potrzebują się wygadać i przekonać, że my tego nie negujemy. Dla nich ważna jest akceptacja – zaznacza Asia i wspomina: – Spotkałam wielu różnych ludzi. Miałyśmy z Emilką taką sytuację. Kiedy byłyśmy przy bramie, jeszcze zanim zaczęła się ewangelizacja, podszedł do nas Andrzej. Miał wiele zastrzeżeń do Kościoła. Opowiadał, że był w sanktuarium, na pielgrzymce, że modli się codziennie, bo to dla niego jest bardzo ważne. Zaproponowałyśmy, byśmy się razem pomodlili. Chętnie się zgodził. Nie spodziewałam się, że tam spotkam osoby, które mają doświadczenie Boga i mogę się od nich wiele nauczyć.

W gronie radomskich wolontariuszy był też Mateusz Katanowski, alumn V roku Wyższego Seminarium Duchownego. – My, ewangelizatorzy, tworzyliśmy wspólnotę, gdzie każdy się wspierał. Czuliśmy się jak rodzina i z tym wychodziliśmy do ludzi. Widzieli to uczestnicy festiwalu i pytali, dlaczego tacy jesteśmy i dlaczego wyświadczamy im tyle dobra. To nam pomagało świadczyć o Chrystusie. Dawało też możliwość tego, żeby im powiedzieć, niektórym po raz pierwszy, kim jest Jezus i co może dla nich zrobić. Na pole wychodziłem w sutannie. Działało to na nich jak magnes. Często sami podchodzili i pytali o różne rzeczy. Nawet jeśli przychodzili z trochę negatywnym nastawieniem, to była duża szansa, żeby coś wyprostować, porozmawiać z nimi, żeby pokazać, że jest się przychylnym. A oni bardzo doceniali, że pokazywaliśmy im ludzkie oblicze Kościoła, że w rzeczywistości dostrzegali w tym oblicze Boga, który ich nie odrzuca, kocha ich i chce ich miłości – zaznacza alumn. Mateusz mówi, że najczęściej takie rozmowy odbywały się przy obmywaniu nóg: – Wtedy spotykaliśmy ludzi, którzy sami by do nas nie przyszli. Mieliśmy okazję wyświadczyć im jakieś dobro i porozmawiać z nimi.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy