Nowy numer 44/2020 Archiwum

Gwar u salezjanek

– W Gabonie na dzieci i młodzież czyha wiele zagrożeń. Najczęściej jest to przemoc fizyczna i seksualna. Bywa, że dzieci są odrzucane przez najbliższą rodzinę i podejrzewane o uprawianie czarów. Wiąże się to z magią, wciąż mocno zakorzenioną w Afryce – opowiada s. Barbara Kiraga, salezjanka.

Siostra pochodzi z Siczek, urokliwej miejscowości rekreacyjno-wypoczynkowej na trasie do Kozienic, 12 km od Radomia. Zawsze chciała pracować w szpitalu, dlatego wybór szkoły średniej był oczywisty – Liceum Medyczne w Radomiu. Jako świeżo upieczona absolwentka medyka, poszła na pielgrzymkę na Jasną Górę. W drodze postanowiła zostać siostrą zakonną. – Nie wiedziałam, jak to zrobić i gdzie iść. Wróciłam do domu i pojechałam odwiedzić wujka w szpitalu w Warszawie. Zobaczyłam pracujące tam siostry zakonne. Pomyślałam, że to jest to, czego szukam. To były siostry szarytki – opowiada.

Zaczęła szybko działać. Zdobyła adres domu sióstr w Warszawie. Chciała zostać jedną z nich. Wakacje się kończyły. Coraz częściej pojawiały się pytania od najbliższych, gdzie zamierza iść do pracy. O swoich planach powiedziała niemal tuż przed wyjazdem do Warszawy. Mamie pociekły łzy szczęścia. – Tacie bardzo trudno było się z tym pogodzić. Mówił, że w zakonie będę jak w więzieniu, nie będę miała swoich pieniędzy, nie będę na uroczystościach rodzinnych. To było powodem jego cierpienia – wspomina. W ostatniej chwili postanowiła jeszcze odwiedzić s. Marię Chrymczyszyn, salezjankę, z którą jako 14-letnia dziewczynka, razem z innymi rówieśnikami, była na wakacjach. – Utrzymywałam z tą siostrą kontakt listowny, ale wcześniej nigdy nie myślałam, żeby iść w jej ślady. Teraz zapragnęłam z nią porozmawiać – wspomina. To były krótkie, kilkugodzinne odwiedziny, ale tam zapadła decyzja o wyborze zgromadzenia. W warszawskim domu u szarytek była cisza, u salezjanek gwar, bo siostry prowadzą szkoły, przedszkola, oratoria. – Nas było w domu ośmioro, zawsze nam towarzyszył gwar i ruch. Tu poczułam się jak u siebie. Po modlitwie w kaplicy zdecydowałam, że jednak wstąpię do salezjanek – Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki. I pojechałam do sióstr do Wrocławia. Daleko od domu, ale to oderwanie od najbliższych pomogło mi, gdy przyszedł czas wyjazdu na misje – podkreśla siostra.

Życiowa furtka

Ta nagła zmiana decyzji co do zgromadzenia nie zniweczyła marzeń o pracy z chorymi. – Salezjanki nie pracują w Polsce w szpitalach, ale są siostry, które są lekarzami, wyjechały na misje i tam się realizują. To była dla mnie furtka, że być może kiedyś i ja tak wyjadę. To pragnienie skrywałam w sercu, bałam się, że gdy zacznę o nim mówić, to je stracę. Poza tym wyjazd na misje był możliwy dopiero po złożeniu ślubów wieczystych – opowiada. Po ślubach przełożeni wysłali ją na studia pedagogiczne, później podyplomowe z zakresu zarządzania oświatą i na kolejne – magisterskie z teologii. Gdy odbierała ostatni dyplom, miała za sobą 17 lat pobytu w zgromadzeniu. Jak wspomina, czuła w sercu wołanie Boga o dyspozycyjność. Powiedziała przełożonej, że być może jej przeznaczeniem są misje. Usłyszała odpowiedź: „Widzę, że jesteś na nie gotowa”. Dwa tygodnie później przyszła odpowiedź od matki generalnej, że też się zgadza. Przygotowanie do wyjazdu rozpoczęło się w Rzymie w 2006 roku. – Później wysłano mnie do Paryża, do naszego domu prowincjalnego. Chodziłam do szkoły 8 miesięcy, uczyłam się francuskiego. W 2008 roku wyjechałam do Afryki – opowiada.

Wylądowała w Gabonie. Ich prowincja w Afryce Równikowej obejmuje cztery kraje: Gabon, Kongo-Brazzaville, Kamerun i Gwineę Równikową. Dom prowincjalny jest w Gabonie. Przebywają w nim przez kilka dni misjonarze, którzy przyjechali tu po raz pierwszy. – Później znalazłam się w Pointe Noire w Kongo-Brazzaville. Z lotniska do naszego domu jechałyśmy ulicami, które były bardzo zaśmiecone, brudne. Wszędzie dużo ludzi. To był wieczór i przy ulicy pojawiały się punkty sprzedaży jedzenia. Wszędzie walało się mnóstwo toreb, takich jednorazowych reklamówek – wspomina. W krajach, gdzie pracują, salezjanki prowadzą dzieła wychowawcze poprzez pracę w szkołach, przedszkolach, centrach alfabetyzacji. – W Kongo-Brazzaville w Pointe Noire mamy szkołę zawodową i liceum, ale także centrum alfabetyzacji. Jest w nim młodzież, która ma od 13 do 25 lat. To ci, którzy chodzili do szkoły podstawowej, ale nie nabyli umiejętności pisania i czytania, albo nie chodzili, bo mieli inne obowiązki, albo też nie było ich stać na szkołę. U nas, po trzyletnim kursie, otrzymują dyplom ukończenia szkoły podstawowej – wyjaśnia siostra. Po roku s. Barbara została skierowana do pracy w stolicy Gabonu – Libreville. Zajmowała się ekonomstwem i katechezą przy parafii. Była też odpowiedzialna za młodzieżową grupę koszykarzy. – Tam, gdzie jesteśmy, są zawsze boiska i jest wielu młodych, którzy chętnie grają w koszykówkę. W Polsce zrobiłam kurs instruktorów teatralnych i miałam też pod opieką grupę teatralną. To, czego nauczyłam się wcześniej, pomogło mi zaangażować młodych – uśmiecha się siostra. Po kolejnych dwóch latach s. Barbara wróciła do Pointe Noire, tym razem na 3 lata. Teraz pracuje na północy Gabonu, w Oyem. – Jesteśmy i tu nastawione na edukację. Prowadzimy szkołę zawodową, gdzie młodzież zdobywa dyplomy cukierników, fryzjerów, krawców i pracowników administracyjnych. W naszej szkole podstawowej uczy się 210 dzieci. Mamy też internat. W niedzielne popołudnia wspólnie z animatorami prowadzimy oratoria poza naszą placówką. Tak docieramy do dzieci, które – ze względu na odległość – nigdy by do nas nie przyszły – wyjaśnia. A co z pracą w szpitalu? – Nie czuję, że zdradziłam medycynę, bo w tamtych okolicznościach, bez względu na to, co robię, wszędzie są potrzeby zdrowotne i wtedy wykorzystuję wszystkie zdobyte w szkole umiejętności. Jak tylko mogę, tak służę – odpowiada.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama